|
Archiwum
Zakładki:
Spis treści
Blogi tematyczne
Tagi
AKCJA
|
Wpisy z tagiem: polski horror
piątek, 08 lipca 2011
THE ROOM / POKÓJ - short film
Dzisiaj chciałem Wam polecić krótkometrażowy horror autorstwa Marka Kurzoka. "Pokój" zdobył nagrodę na tegorocznym Festiwalu Niezależnych Filmów Fantastycznych i Horrorów. Ja trafiłem na niego poprzez stronę samego autora: Creepshow. Muszę napisać, że jest to jeden z najlepszych współczesnych polskich horrorów, jaki widziałem. Te które pokazywano w ostatnich latach na Festiwalu Horrorów w ogóle się do niego nie umywają. Bardzo dobry, minimalistyczny scenariusz i GENIALNE zdjęcia, które są najmocniejszym atutem filmu sprawiają, że film nie razi sztucznością do jakiej przyzwyczaiły nas inne polskie produkcje horrorowe z ostatnich lat. Wielki plus należy się za zrealizowanie tak doskonale wyprodukowanego obrazu dla niezależnego twórcy. Fabularnie jest bardzo prosty, ale z klasą. Polecam
poniedziałek, 13 czerwca 2011
W cyklu Demony i Grzesznice 2, czyli Polski horror. ciąg dalszy
Ciąg dalszy publikowanej kilka dni temu notki o polskim horrorze filmowym. Dzisiaj filmy po 1990 roku:
15. Powrót Wilczycy (1990)
Bardzo rozczarowująca kontynuacja hitu (tak, tak, kasowego) z 1983 roku. Powrót Wilczycy to prawdziwie epigońskie dzieło i preludium do całkowitej porażki Piestraka, jaką miał się okazać jego kolejny film. Powrót Wilczycy powiela te wszystkie erotyczne fascynacje obecne w polskich horrorach z lat 80. Chaotyczna, przeładowana bohaterami fabuła nie jest już w stanie udźwignąć horrorowego potencjału pierwszej części. Mroczna atmosfera ulotniła się na rzecz znacznego nasilenia miłosnych perypetii głównych bohaterów.
16. Łza Księcia Ciemności (1992)
Marek Piestrak po raz ostatni w naszym zestawieniu. Pewnie nie powinienem się przyznawać, ale nie dooglądałem tego filmu do końca. Nawet nie chodzi o okrutnie kiczowatą scenę okultystycznej mszy otwierającej film ani o wątpliwe talenty aktorskie Tomasza Stockingera. Tutaj najzwyczajniej w świecie kuleje nieudolny scenariusz i słaba realizacja. Pod względem jakości intrygi ten film bardzo mi przypominał czytadło głównego polskiego szmiropisa z czasów dwudziestolecia międzywojennego. Chodzi mi o Antoniego Marczyńskiego i jego Perłę Szanghaju. Niby wszystko jest jak powinno: sensacja, intryga, romans, tajemnica a jednak jakoś się to nie składa w spójną i sensowną całość. Gwoździem do trumny jednak okazał się fakt, że Łza Księcia Ciemności mimo pewnych predyspozycji nie jest tak doskonale złym filmem, jak Klątwa doliny węża, a zatem nie bawi, tylko nudzi.
17. Szamanka (1996)
Teraz znowu będzie o filmie raczej złym, ale nie pozbawionym zalet; może momentami zbyt nachalnie ideologicznym i pretensjonalnym, ale z pewnością interesującym i nietuzinkowym. No i od razu przyznaję, że to przede wszystkim postmodernizm, symbolizm i feministyczny manifest, a nie czysty gatunkowo horror. A jednak skandaliczna Szamanka Żuławskiego wiele zawdzięcza temu gatunkowi. Przede wszystkim zaczyna się, jak rasowy film grozy. Nieopodal Krakowa archeolodzy odnajdują doskonale zachowane ciało szamana sprzed kilku tysięcy lat. Ów szaman nawiedza (niedosłownie) głównych bohaterów zamieniając ich życie w swoisty danse macabre z otaczającym ich światem. Dużo seksu, sporo brutalności i niedopowiedzeń czynią z Szamanki coś jakby postmodernistyczny dramat, thriller erotyczny. Znowu mamy kobietę modliszkę, niszczącą siebie i mężczyzn. Tym razem jednak zło i zepsucie, jakie drzemią w człowieku, nie są tak jednoznacznie oddzielone od zła i zepsucia świata w jakim żyje. Ja osobiście bardzo lubię ten film, właśnie dlatego, że jest tak radykalnie niesformatowany.
18. Legenda (2005)
Jeżeli wcześniejsze filmy grozy wypracowały sobie oryginalny schemat toksycznego romansu mężczyzny z kobietą-monstrum, to Legenda najpewniej rozpoczyna serię prób przeszczepienia skonwencjonalizowanego horroru amerykańskiego na grunt polski. W przeciwieństwie do wcześniejszych filmów, w Legendzie nie dopatrzymy się najmniejszej nawet próby twórczego podejścia do gatunku. Tutaj wszystko zostało skrojone według zachodnich standardów. Legenda to pierwszy od czasu Powrotu Wilczycy tak czysty gatunkowo horror. Legenda w reż. Mariusza Pujszo jest używana bardzo często jako dowód na to, że Polacy nie potrafią straszyć. Cóż, może nie potrafią straszyć, ale potrafią nieźle zabawić. Widok Joanny Liszowskiej w roli jednej z final girl - bezcenny. Nie gwarantuję tak dobrej zabawy, jak przy Klątwie Doliny Węża, ale jest to bez wątpienia film, który warto zobaczyć.
19. Hiena (2006)
Jak dla mnie to bardziej Kino Moralnego Niepokoju niż horror. Zaangażowany społecznie dramat, który charakterystycznym krajobrazem Śląska, odpowiednio posępną kolorystyką i muzyką podpina się pod gatunek horroru. Mnie osobiście drażni w tym filmie najbardziej sam Borys Szyc, ale to już nie jest właściwie istotne. Dobrze, że twórcy jednak zdecydowali się nie iść w stronę amerykanizacji historii, jak zrobiono to przy okazji filmów Legenda i Pora Mroku. Ciekawy jest też sam pomysł na fabułę, realizacja - sprawdźcie sami.
20 Pora mroku (2008)
Pewnie jestem naiwny, ale przy okazji stosunkowo niedawnej premiery Pory Mroku naprawdę sporo obiecywałem sobie po tym filmie. Jak wyszło? No wyszło TAK.
Pozostałe:
Świat grozy (1967-1968)
Cykl krótkich filmów telewizyjnych z dreszczykiem. W większości o zabarwieniu komediowym.
Opowieści niezwykłe (1967-1968)
Jak wyżej. Tym razem akcent komediowy jest jeszcze bardziej wyeksponowany. To właśnie z tej serii pochodzi słynny odcinek "Ja gorę" z Jerzym Turkiem w roli prostodusznego szlachcica, prześladowanego przez złośliwego ducha. W serii oprócz Turka pojawiły się takie gwiazdy jak Andrzej Łapicki, Bogumił Kobiela, Ewa Wiśniewska, Alina Janowska, Zofia Merle, Bronisław Pawlik. Wspomniany wyżej Świat grozy, Opowieści niezwykłe i Upiór z 1967 ładnie pokazują, że o ile w latach 80' z horrorem twórcą kojarzył się seks, o tyle w latach 60' dominowało parodystyczne ujęcie tematu. Horrory w lat 60' przypominają bardziej kino familijne, niż pełne grozy opowieści.
Klatka B (2009)
Na koniec jedyny film alternatywny, jaki zdecydowałem się włączyć do zestawienia. Klatka B, wieloodcinkowy serial interenetowy kilka lat temu zrobił prawdziwą furorę. Ja sam pamiętam, że z wypiekami na twarzy śledziłem losy poszczególnych bohaterów serialu, zastanawiając się, jaki będzie finał. Serial z internetu przewędrował do telewizji i udowodnił, że groza i Polska to nie są wcale sprzeczne elementy.
*** Pomyślałem, że obraz tego polskiego horroru byłby trochę niepełny, gdyby nie wrzucić tutaj horrorów zagraniczych, w których tworzeniu swój wkład mieli Polacy. No dobra, to będziej raczej biedny akapit w stylu "Słoń, a sprawa polska" W takim razie nie będę się rozpisywał. Polański (wiadomo), Żuławski i jego Opętanie, ostatnimi czasy w czeskim horrorze zagrała też Małgorzata Kożuchowska (TMA)
*** A zatem jak to jest z tym polskim horrorem filmowym? Czy naprawdę jest tak źle? Bez dwóch zdań na pewno jest źlę. Brakuje mu dobrej reklamy i popularności u masowej widowni. Jak do tej pory interesuje raczej zagorzałych fanów gatunku. Ważne jest też to, że od dawna nikt nie zrealizował dobrego horroru, który odniósłby sukces kasowy, co właściwie zamyka drogę do rozwoju gatunku w Polsce. Chciałem jednak tym wpisem udowodnić, że nie jest tak fatalnie. Ilość filmów jest wystarczająca, aby dało się napisać porządną syntezę. I to nawet wtedy, jeżeli wyrzucilibyśmy z tej listy tytuły nie będące czystymi horrorami. A skoro tak, to nie ma co narzekać, można zacząć się bać.
środa, 08 czerwca 2011
W cyklu Demony i Grzesznice, czyli polski horror filmowy, albo Polacy nie gęsi i straszyć umieją
Do tego wpisu zainspirował mnie artykuł z bloga Zwierza Popkulturalnego o polskim horrorze. A właściwie o jego braku. Zwierz napisał, że jest w stanie wymienić, co najwyżej trzy polskie horrory i... I automatycznie poczułem się wywołany do tablicy takim stwierdzeniem, bo polskiego filmowego horroru jest znacznie, znacznie więcej i z pewnością zasługuje na silną reklamę. Zwłaszcza tutaj. Większość z wymienionych niżej tytułów nie sprawia problemu z przypisaniem ich do konkretnego gatunku. Choć pojawiają się też takie, które sytuują się na granicach horroru, dramatu psychologicznego lub komedii. Mimo to starałem się dopasować poszczególne przykłady tak, aby nie wywoływały kontrowersji, jednocześnie starając się stworzyć jak najpełniejsze zestawienie polskich produkcji filmowych spod znaku grozy. Jak się okazało lista jest znacznie dłuższa niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. A w związku z tym cały wątek musiałem podzielić na dwa oddzielne wpisy. Dzisiaj wpis pierwszy Filmy wymienione chronologicznie.
Tytuł notki zaczerpnięty z cyklu filmów, prezentowanych na kanale Kino Polska. Przyznacie, że brzmi majestatycznie i inspirująco.
Polskie horrory filmowe: (1961-1988)
1. Matka Joanna od Aniołów (1961)
Sztandarowe dzieło Kawalerowicza. Chyba najmniej oczywisty tytuł na tej liście. Bardziej uznawane za dramat historyczny, metafizyczną przypowieść niż horror. Wiadomo, w Polsce uznanym maintreamowym reżyserom nie wypada realizować kina popularnego. Film powstał na podstawie opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza. Rozgrywająca się w XVIII wieku fabuła osnuta jest wokół domniemanego opetania przez diabła zakonnic. Dużo w nim rozważań o Bogu i naturze zła zupełnie nie w stylu popkulturowych opowieści, ale swoim klimatem i tematem przywodzi na myśl takie klasyki kina grozy jak Dziecko Rosemary, czy Egzorcystę. A sam Kawalerowicz nie unika bardzo horrorowych rozwiązań i zwrotów akcji.
2. Rękopis Znaleziony w Saragossie (1964)
Tutaj też niektórzy mogą się kłócić. Grozy w filmie Hasa jest jednak sporo. Nawet jeżeli często podana została z domieszką humoru. Dodatkowo plejada znamienitych aktorów. Krafftówna, Cybulski, Kobiela, Pieczka. Trzeba też docenić z wirtuozerią przedstawioną, nieczęstą w polskim kinie, prawdziwie gotycką scenografię. Zresztą nie ma co się rozpisywać. Każdy słyszał o Rękopisie znalezionym w Sarragossie. Jedno z największych arcydzieł kina (i literatury). Has zresztą wieloma swoimi filmami udowodnił, że ma prawdziwie gotycką wyobraźnię. Bardzo interesująco wypada ona w Lalce z 1968 i Sanatorium pod Klepsydrą z 1973
3. Upiór (1967) Nareszcie prawdziwie popkulturowe kino. W sensie: rozrywka dla mas. Szczegóły tutaj.
4. Lokis (1970)
Jeden z moich ulubionych horrorów. Uwielbiam go za dwie rzeczy: kreację Małgorzaty Braunek, która chyba została stworzona dla ról kostiumowych i za przepiękną scenografię neogotyckich pałaców. Majewskiemu świetnie udało się odtworzyć na taśmie filmowej unikalny klimat opowieści niesamowitych z XIX wieku. Plus moja ulubiona scena w pociągu. Właśnie chyba za ten wyjątkowo udany obraz epoki.
5. Diabeł (1972)
Kolejny kostiumowy horror. Tym razem z wyraźną tezą historyczną. Nie mam zamiaru opisywać dokładnie filmu Żuławskiego, ale muszę powiedzieć, że bardzo podoba mi się jego wizja XVIII-wiecznej Polski. Dużo dobrych aktorów i ciekawe zdjęcia. Film ten został zaplanowany na prowokacyjny i chyba to się udało. Dużo gore i dużo symbolizmu. Znowu mamy do czynienia z filmem, który raczej wykorzystuje konwencję horroru do własnych celów, niż ją realizuje, ale efekt jest rewelacyjny.
6. Wilczyca (1983)
Nareszcie czysty gatunkowo horror. Tym razem fabuła zawędrowała w okolice powstania styczniowego. Jest więc kostiumowo i baaardzo romantycznie. Uważam, że jest to jeden z najlepszych artystycznie filmów Marka Piestraka. Wielu fanom horroru może się on wydać zbyt anachroniczny i zabawny, ja jednak mam do niego ogromny sentyment. Efekty specjalne nie przetrwały próby czasu, a i tempo akcji może się wydawać, jak na horror, zbyt powolne, a jednak Piestrakowi udało się zrealizować film, w którym nastrój grozy i osaczenia jest bardzo przekonujący. Warto też dowartościować efektowną ścieżkę dźwiękową (taką w stylu lat 80) i świetną scenografię. Co by nie mówić sztandarowe dzieło polskiego horroru.
7. Widziadło (1983)
Tym razem czas na modernizm. Widziadło to horror psychologiczny na podstawie książki Karola Irzykowskiego pt. Pałuba, której ja nie byłem w stanie przeczytać. Chociaż zaliczanej do kanonu polskiego modernizmu (jedno z drugim ma pewnie coś wspólnego). Niczym się tutaj nie pochwalę, bo filmu jeszcze nie widziałem. Podobno dużo seksu, ale w końcu to lata 80', a Polacy, z braku rozwiniętego przemysłu pornograficznego, do kina chodzili głównie na "momenty", więc nie ma się, co dziwić.
8. Lubię Nietoperze (1985)
Znowu kobieta-demon i znowu grzesznica. Niemalże paranormal romance z psychoanalizą w tle. Kolejny film, który na mnie robi wrażenie szczegółami: scenografią i niecodziennym wykorzystaniem znanych aktorów. W tym wypadku chodzi mi o genialną, choć trochę zapomnianą, Małgorzatę Lenartowicz. Muszę przyznać, że jest to jeden z najsłabszych filmów z tego okresu. Nawet jeżeli weźmiemy poprawkę na "dyskusyjną wartość" całego kina popularnego lat 80. Kino to często traktowane jest jako synonim kiczu, ale trzeba przyznać, że ta przesada korespondowała z bogactwem, różnorodnością i kreatywnością, o czym polskie kino popularne, w kolejnych dekadach mogło sobie tylko pomarzyć. Pomimo znacznie większych możliwości technicznych, okazało się sto razy biedniejsze. W formie i treści. A zatem Lubię nietoperze mimo wszystko może dostarczyć nam sporo perwersyjnej przyjemności w oglądaniu, czego nie uświadczymy przy takich tytułach, jak Tylko mnie kochaj itp.
9. Medium (1985)
Jedyny z polskich tytułów, który został wymieniony w Leksykonie filmowego horroru Bartłomieja Paszylka. Paszylk pisze o nim tak: "Medium z kolei uznaje się za najambitniejszy polski film grozy, ponieważ charakterystyczne dla gatunku cechy stara się łączyć z kinem psychologicznym, politycznym, a nawet historycznym. I udaje mu się to naprawdę dobrze". (s. 198) To ostatnie zdanie jest kluczem do sukcesu Medium, bo wiele polskich horrorów bawiło się w tematy psychologiczne i historyczne. Tylko temu filmowi udało się uciec z objęć kiczu. Mamy zatem plejadę największych polskich gwiazd: Jerzy Stuhr, Jerzy Zelnik, Grażyna Szapołowska, czy Ewa Dałkowska, które gwarantują pierwszorzędne aktorstwo. Do tego przejmująca, duszna atmosfera tajemniczości i grozy. Z czystym sercem polecam.
10. Dom Sary (1985) A teraz moje osobiste objawienie sprzed tygodnia. Niby tylko krótki film telewizyjny, ale z jaką pasją i oddaniem zrobiony! Horror na podstawie opowiadania Stefana Grabińskiego. A więc znowu mamy demoniczną grzesznicę i znowu mamy romantyczny kostium z pięknym dworem w tle, karocami, bufiastymi sukniami heroin i uroczym Placem Uniwersyteckim we Wrocławiu. Koniecznie trzeba napomknąć o cudownych efektach specjalnych rodem z Martwego Zła i tym sposobem dostajecie zajawkę filmu, którego, kto nie oglądał. ten niech żałuje.
11. Problemat profesora Czelawy (1985) Oddajmy na moment głos głównej bohaterce: "Od pewnego czasu miewam po nocach okropną halucynację. Śni mi się, że do mojej sypialni wchodzi mężczyzna. Zarośnięty, śmierdzący wódką. Pochyla się nade mną, dotyka mnie, całuje. Krzyczę ze strachu i obrzydzenia, a on... znika w ciemności. Ale najokropniejsze jest to, że ten ohydny typ ma... twarz mojego męża." Taki monolog rozpoczyna film Problemat profesora Czelawy na podstawie opowiadania Grabińskiego. Czyli nic nowego. W ogóle polski horror lat 80 można by spokojnie nazwać kinem seksualnego niepokoju. Tam wciąż ktoś kogoś uwodził, niszczył, przyciągał i gwałcił. Ofiarami były raz kobiety, a raz mężczyźni. Częściej mężczyźni. Ha, taki lokalny koloryt. No i do tego potężna dawka, często topornej psychoanalizy. Hipnoza też nie zaszkodzi. :-) Ciekawe, o co chodziło z tym wszechpotężnym, obsesyjnym, zawsze niszczącym seksem w polskich horrorach z tamtego okresu.
12. Labirynt (1985) O tym filmie sam wcześniej nie słyszałem. To kolejny psychologiczny polski horror. Tym razem z ekspresjonizmem i Krzykiem Muncha w tle. Aby nie zmyliło nas zbyt ambitne przywoływanie tekstu kultury, warto zacytować tutaj fragment opisu filmu: Gwałt przeradza się w miłosne zbliżenie. ;-) Wiadomo, tak zazwyczaj z gwałtami bywa. Wychodzi na to, że wciąż jesteśmy w temacie seksu rozumianego jako władza i podporządkowanie. Poza tym: wątek miłosny, seans spirytystyczny, opętania i morderstwa. Polski horror psychologiczny pełną gębą. :-)
13. Klątwa Doliny Węży (1987)
A teraz będzie prawdziwy klasyk i szczytowe osiągnięcie polskiego campu. Klątwa Doliny Węża (Ktoś o tym jeszcze nie słyszał?) to właściwie bardziej film przygodowy z elementami s-f, niż czysty horror. Ale po pierwsze film ma wiele motywów charakterystycznych dla horroru: potwory, złowrogą muzykę, mroczną tajemnicę z zamierzchłej przeszłości i piękną heroinę w stylu femme fatale. Podobno ten film wygląda, jak wygląda, bo powstawał w diabelnie trudnych warunkach. No i scenariusz na film wysokobudżetowy, a budżet był raczej marny. Nie ma się jednak, co dać zwariować. Swoje zrobił też ekstrawagancki scenariusz. Tylko, że moim zdaniem to wszystko temu filmowi zrobiło bardzo dobrze, bo powiedzenie, że ten film jest tak zły, że aż dobry, byłoby niesprawiedliwe. Ten film jest tak zły i jest tak specyficzny, że jest po prostu arcydziełem.
14. Alchemik (1988)
Jacek Koprowicz (Medium) wraca z kolejną mroczną opowieścią. Tym razem zdecydował się na dość malowniczą historię pewnego XVI-wiecznego alchemika. Opowieść bardzo w stylu brytyjskich powieści gotyckich. W tytułowej roli etatowy amant polskich horrorów - Olgierd Łukaszewicz (Widziadło, Wilczyca). Oprócz filmu powstał też serial pt "Alchemik Sendivius". Alchemik jest nieodrodnym dzieckiem swojej epoki. Chodzi mi o modne w latach 80 dark fantasy np. w stylu Krulla, o którym pisałem jakiś czas temu.
CIĄG DALSZY (A W NIM: POLSKIE HORRORY PO 1990, NIEUWZGLĘDNIONE W ZESTAWIENIU POLSKIE SERIALE, SUPLEMENT - OKOŁOPOLSKI HORROR I PODSUMOWANIE) NIEBAWEM
wtorek, 11 maja 2010
Kabaret LIMO - parodia zwiastuna horroru
Kabaret Limo pokazał już przy okazji świetnego Janka Muzykanta, co potrafi. Teraz zaprezentowali bardzo dobry zwiastun horroru :-) smacznego
I jeszcze wspomniany Janko Muzykant, gdyby ktoś nie widział:
sobota, 20 marca 2010
Posłuchajcie o Decathexis
A Decathexis w moim domu są dwa. Jedno to opowiadanie z tomu Demony, drugi to ok. 250-stronicowa powieść mniej więcej o tym samym, co opowiadanie... No właśnie: mniej więcej. Po lekturze powieści okazało się, że nie mam tak jasno sprecyzowanych wrażeń jak Sheila. W powieści tyle samo rzeczy mi się podobało i tyle samo nie podobało, dlatego postanowiłem wrócić do opowiadania, aby dokonać konfrontacji moich oczekiwań z wrażeniami. No i jak to z tym Decathexis było? Recenzja.
Wstęp.
"Jak się miewa polski horror? Wygląda na to, że całkiem dobrze!" - rozpoczyna swój tekst Sheila. Chce się do tego odnieść z dwóch powodów. Polski horror poza incydentalnymi przypadkami wcale nie ma się dobrze. Niestety. A też i Decathexis, trzeba powiedzieć, horrorem jest tylko umownie, bo w gruncie rzeczy to "steampunkowe" dark fantasy. Dodajmy od razu, że bardzo satysfakcjonujące. I chociaż nie potrafię ostatecznie rozstrzygnąć czy plusy wygrywają z minusami., to mogę napisać, że ogólne wrażenie jest bardzo dobre. Będę się czepiać tylko szczegółów. rozbitych na cztery literackie funkcje: intryga - bohaterowie - język i (ponieważ to fantasy) struktura alternatywnej rzeczywistości. [Będę się starał nie rozwlekać i nie nudzić. Słowo, będę!]
część 1. Intryga. Fabuła
Historie Decathexis.powieści i Decathexis.opowiadania są bardzo zbliżone. Świat Kirkegaardu to świat w którym panująca - bardzo opresyjna - religia kultywuje matkę śmierć, Morię. Główny bohater: Jon Pendergast pracuje w Inspektoracie (taka policja do spraw trupów w opowiadaniu, a w powieści dodatkowo tajna organizacja królowej do jej walki z kapłanami Morii). Powieść fabularnie właściwie wyprzedza wydarzenia z opowiadania. Tam czytelnik został od razu postawiony przed faktem ożywania zwłok. W powieści fakt zmartwychwstania niejako odkrywamy wraz z bohaterami. I to odkrywanie stanowi centrum kryminalnej intrygi. Takie przesunięcie akcentu samo w sobie złe nie jest. Problem polega na tym, że w stosunkowo niedużej objętościowo książce faza odkrywania tak zdominowała fabułę, że na nic innego nie starczyło czasu. Najbardziej ucierpieli na tym główni bohaterowie (o czym za chwilę) i "wielki finał" (o czym teraz). (Niżej mały spojler) Dla wtajemniczonych -> Muszę napisać, że ja kompletnie nie kupuję tej sentymentalnej wstawki z głównymi bohaterami: królową i Pendergastem, która stanowi poniekąd furtką dla drugiego tomu. Furtkę niepotrzebną, bo sama fabuła pozostała na tyle otwarta, że nie trzeba było telenowelowych zagrywek, aby zaciekawić czytelników co do dalszego ciągu. Ale fakt, że ja od sentymentalnego romantyzmu (w stylu np. tego) już bardziej wolę ostre rżnięcie (w stylu tego).
Szkoda tylko, że tak mało czasu poświęcono na ich dopracowanie. Szkoda, że cała potencjalna pikanteria zdarzeń utonęła albo pod powierzchnią nudnej konwencji i, albo nierównomiernego rozłożenia suspensowych zdarzeń. Chodzi mi o taką bardzo umowną, komiksowo potraktowaną strukturę. (Ja lubię komiksową strukturę w powieściach, ale w tym konkretnym przypadku nie zawsze była ona kompatybilna z treścią. Niektóre wątki domagały się mniej umownego potraktowania, więcej uwagi i bardziej złożonych obserwacji).
Dla porównania: W opowiadaniu - przynajmniej w tych punktach, które da się porównać np. wątek miłosny - wydaje się o wiele bardziej interesujące. Nie tak przesiąknięte schematem (!) i sentymentalizmem (!), bardziej cyniczne, przewrotne i zabawne.
Część 2. Bohaterowie
Takich scen w powieści Decathexis jest kilka. Niebezpiecznie wydłuża to ilość drugoplanowych postaci. Pojawiają się tylko w jednej scenie i jednocześnie zabierają miejsce bohaterom pierwszoplanowym. A tych ostatnich - przynajmniej teoretycznie - jest aż trzech: Pendergrast, Tancerz Śmierci i Królowa. Napisałem teoretycznie, bo Tancerza Śmierci jest stosunkowo mało, a Królowa to już był chyba tylko taki gadżet-wypełniacz, bo - niby najważniejsza dla powieści - ale pojawia się z dwa, trzy razy na dosłownie chwilę, nie mówi nic ciekawego i znika.
Dla kontrastu dodam, że w opowiadaniu z tomu Demony, Pendergast nie jest tak papierowy i jednoznaczny. Fakt, że wrażeniu indywidualizacji służy zapewne pierwszoosobowa narracja, ale pojawiają się też motywy potraktowane po macoszemu w powieści. W opowiadadaniu np. Pendergast modli się do Morii. W powieści on jest całkowitym ateistą. Mało wiarygodny, jak pisałem, ze względu na totalitarny charakter światopoglądu religii Morii.
Część 3. Struktura świata przestawionego
Universum Kierkegaardu - świata wierzącego w Śmierć jest chyba najmocniejszą stroną pomysłu Śmigla. Ubrany w umowny kostium steampunku (bo po Fantastykonie bardziej oszczędnie podchodzę do nazywanie czegoś, nadużywanym terminem, steampunk), intrygujący, niebanalny i mroczny. Krajobraz robi wrażenie. Bez względu jak ocenia się samą realizację warto przeczytać tę książkę dla samego pomysłu na alternatywną rzeczywistość Kiekegaardu.
Nie dowiemy się z kart Decathexis czy wiarę w Morię motywuje taka a nie inna metafizyka Kierkegaardu; czy może doprowadziło do niej jakieś zdarzenie, które było takim szokiem dla mieszkańców tego świata, że spowodowało ich zwrócenie się do śmierci jako bogini. U Śmigla Kierkegaard takie po prostu jest i koniec. Nie jest to bez znaczenie, bo charakter świata przedstawionego jest tak zdecydowanie skrajny (kult śmierci), że sam w sobie domaga się doprecyzowania. W przeciwnym razie Kierdegaard staje się efektowną wizualnie, ale pozbawioną realiów i historii papierową krainą, wydmuszką.
Znowu: w opowiadaniu Pendergast wspomina o Zmartwychwstaniu Chrystusa, jako zdarzeniu, które odwróciło prawa rządzące się światem. W powieści nie ma silnego odnośnika do chrześcijaństwa. A takiego bądź innego wytłumaczenia rzeczywistości K. mi brakowało, bo na bazie posiadanych informacji nie potrafiłę uwierzyć w możliwość istnienia społeczeństwa, w którym nie funkcjonowałaby równoważąca kult śmierci, idea życia. Śmigiel zbudował piękną rzeczywistość, ale do pełni szczęścia zabrakło realizmu, a wiadomo, że kiedy chcemy stworzyć epicką sagę o alternatywnej rzeczywistości to wrażenie realizmu opisywanego świata jest podstawą sukcesu.
Część 4. Styl, język. Nie ma się nad czym rozpisywać. Stylistycznie Decathexis stoi na naprawdę wysokim poziomie. I tutaj ukłony w stronę autora, który udowodnił, że warsztatowo jest zupełnie gotowy, aby wejść do czołówki polskich pisarzy literatury popularnej. Powieść dzięki stylowi i wyobraźni stała się wyjątkowo efektowna wizualnie. Tę książkę czyta się tak, jak ogląda się filmy Burtona. Dla obrazów. I w tym miejscu po prostu podpiszę się pod tym, co napisała Sheila: Kolejny plus to rewelacyjny styl. Nie wiem, jak On to robi, ale stosuje z wielkim powodzeniem genialny kontrast pomiędzy ohydną treścią a pięknym, plastycznym i dopracowanym językiem. Opis cmentarza w pierwszy rozdziale -> cudo.
ZAKOŃCZENIE
Nie jestem w stanie napisać jednoznacznej oceny. DecathexisDecathexis to 1 część większej całości i to wszystko czego mi brakuje będzie wyjaśnione w kolejnych tomach. I będzie to miało znaczenie, że pojawi się w kolejnych, a nie w pierwszym. Bardzo przyjemnie się czyta, ale nie hipnotyzuje. Być może zresztą brak pewnych elementów umotywowany jest faktem, że
Podoba mi się potencjał, jaki istnieje w samej rzeczywistości K. (świetne filmy na Youtubie ze świata Kierkegaardu, podobno ma powstać komiks na podstawie książki). Podoba mi się bezpretensonalna idea powieści popularnej w wykonaniun Śmigla i dzięki nim Decathexis otarła się o coś rewelacyjnego. Jednak opisane wyżej mankamenty ciągną ją w dół i nie pozwalają na aplauz na stojąco. Pozostaje czekać na drugi tom, który podobno ma się rozgrywać na Kierkegardowym Dzikim Zachodzie. Mimo wszystko: Polecam
Grafiki pochodzą ze stron: http://www.grasshopper.fm/-decathexis-lukasza-smigla,242.html i http://www.facebook.com/?ref=home#!/pages/Decathexis-uniwersum-Kirkegaardu/244892022598
niedziela, 26 lipca 2009
Chłopiec z aluminiowym kubkiem w dłoni
Polski horror opowiadaniem stoi. Było już o antologiach Red Horse, było o Demonach Śmigiela, to może tym razem cofnijmy się nieco w przeszłość, do roku 2007, kiedy to swoją premierę miała książka pt:
Chłopiec z aluminiowym kubkiem w dłoni
Najpierw kilka słów o autorze. Jarosław Moździoch znany był mi głównie ze średnio udanej powieści Maska Luny... Problem z nawet sprawnie napisaną Maską Luny polegał na tym, że w kontekście intrygi fabularnej objętościowo była zbyt obszerna i "niestraszna"... Mimo to jako plus trzeba dodać, że powstała w czasie całkowitej polskiej horrorowej posuchy, wiec zmilczeć na jej temat nie wolno. Silna w mastertonowskie inspiracje w pewnym sensie ukazywała zachodnie nurty, najsilniej oddziałujące na polskiego czytelnika. Krótką, choć dosyć interesujacą, notkę biograficzna pisarza można przeczytać tutaj. Chłopiec z aluminiowym kubkiem... Książka składa się z 12 opowiadań, w których autor z charakterystycznym dla siebie nie-pretensjonalnym stylem opisuje bardziej lub mniej straszne; bardziej lub mniej udane i bardziej lub mniej schematyczne historie ze świata mroku. To, co stanowi o wyróżniającej się wartości tego tomu, to styl pisarza i jego umiejętność tworzenia sugestywnych opisów, głównie w stylu gore. I to właśnie epatowanie obrzydliwością ratuje ten zbiór, niewyróżniających się niczym fabularnie, opowiadań. Chłopiec... Opowiadanie I --- Pensjonat Heli (impresja na temat filmów spod znaku Od Zmierzchu do Świtu i tajemniczych, pradawnych legend w tle. Jedno z najlepszych w tomie)
Opowiadanie II --- Autor powieści z ohydą i koszmarem w tle (takie sobie) (treść jak w tytule)
Opowiadanie III --- Coś (przeciętne)
Opowiadania IV --- Studnia spełnionych marzeń (jak wyżej)
Opowiadanie V --- Medeya (opowiadanie fabularnie trochę w klimacie Jennifer z MoH)
Opowiadania VI --- Pralnia (wciągający klimat, proste i na temat. Opisane miejsca przywodziły mi na myśl mroczne lokacje z Silent Hill 2, bardzo satysfakcjonujące)
Opowiadanie VII --- Do rychłego zobaczenia, brachu (takie coś w stylu opowieści wigilijnej, banał)
Opowiadanie VIII --- Zupa rybna (całkowity błąd systemu)
Opowiadanie IX --- Spadek (To jest niezłe. Jedno z niewielu, które zapadło mi w pamięci na dłużej. Głównie za sprawą sugestywnych opisów)
Opowiadanie X --- Rattus urbanus (A to opowiadanie szczerze polecam. Jest to historia ukrywających się na dworcu bezdomnych, którym przychodzi zmierzyć się z jedną z klasycznych Urban Legends. Konfrontacja bardzo dosłowna i trzymająca w napięciu)
Opowiadanie XI --- Śląski naśladowca Hieronima Boscha (Widać, że na koniec tomu opowiadań zebrano najlepsze teksty Moździocha. Świetne opowiadanie w klimacie Klubu Dumas. Wyraziste, intrygujące i z bardzo dobrym finałem)
Opowiadanie XII --- Chłopiec z aluminiowym kubkiem w dłoni (Chyba najlepsze w całym tomie. Zakończenie niby w miarę przewidywalne, ale jednak sposób prowadzenia postaci i akcji trzyma w napięciu. A do tego na końcu jest naprawdę obrzydliwie...)
*** Podsumowując opowiadania autorstwa Moździocha mogłyby się wpisać do klasyki polskiego horroru, gdyby to odgałęzienie literackie nie było czysto umowne, bo poza jednostkowymi przypadkami czegoś takiego właściwie nie ma. Formalnie czerpią z doskonałej tradycji prozy Poe. Moździoch świetnie zdał egzamin z warsztatu pisarskiego i wyobraźni literackiej. W przeciwieństwie do jego powieści Maska Luny, nie ma mowy o nieznośnych dłużyznach i umowności grozy. Tutaj jest straszno i klimatycznie. Kolejny tytuł do odnotowania i dokoptowania do biblioteczki pod hipotetyczną nazwą Klasyka polskiego horroru. ;-) Polecam |