interpretation is the only game in town
Wyzwania

sobota, 20 marca 2010
Posłuchajcie o Decathexis

A Decathexis w moim domu są dwa. Jedno to opowiadanie z tomu Demony, drugi to ok. 250-stronicowa powieść mniej więcej o tym samym, co opowiadanie... No właśnie: mniej więcej.


Po lekturze powieści okazało się, że nie mam tak jasno sprecyzowanych wrażeń jak Sheila. W powieści tyle samo rzeczy mi się podobało i tyle samo nie podobało, dlatego postanowiłem wrócić do opowiadania, aby dokonać konfrontacji moich oczekiwań z wrażeniami.

No i jak to z tym Decathexis było?


 

Wstęp.

 

"Jak się miewa polski horror? Wygląda na to, że całkiem dobrze!" - rozpoczyna swój tekst Sheila. Chce się do tego odnieść z dwóch powodów. Polski horror poza incydentalnymi przypadkami wcale nie ma się dobrze. Niestety. A też i Decathexis, trzeba powiedzieć, horrorem jest tylko umownie, bo w gruncie rzeczy to "steampunkowe" dark fantasy. Dodajmy od razu, że bardzo satysfakcjonujące.  I chociaż nie potrafię ostatecznie rozstrzygnąć czy plusy wygrywają z minusami., to mogę napisać, że ogólne wrażenie jest bardzo dobre. Będę się czepiać tylko szczegółów. rozbitych na cztery literackie funkcje: intryga - bohaterowie - język i (ponieważ to fantasy) struktura  alternatywnej rzeczywistości.

[Będę się starał nie rozwlekać i nie nudzić. Słowo, będę!]

 



 

część 1. Intryga. Fabuła

 

Historie Decathexis.powieści i Decathexis.opowiadania są bardzo zbliżone. Świat Kirkegaardu to świat w którym panująca - bardzo opresyjna - religia kultywuje matkę śmierć, Morię. Główny bohater: Jon Pendergast pracuje w Inspektoracie (taka policja do spraw trupów w opowiadaniu, a w powieści dodatkowo tajna organizacja królowej do jej walki z kapłanami Morii). Powieść fabularnie właściwie wyprzedza wydarzenia z opowiadania. Tam czytelnik został od razu postawiony przed faktem ożywania zwłok. W powieści fakt zmartwychwstania niejako odkrywamy wraz z bohaterami. I to odkrywanie stanowi centrum kryminalnej intrygi. Takie przesunięcie akcentu samo w sobie złe nie jest. Problem polega na tym, że w stosunkowo niedużej objętościowo książce faza odkrywania tak zdominowała fabułę, że na nic innego nie starczyło czasu. Najbardziej ucierpieli na tym główni bohaterowie (o czym za chwilę) i "wielki finał" (o czym teraz).

(Niżej mały spojler)

Dla wtajemniczonych  -> Muszę napisać, że ja kompletnie nie kupuję tej sentymentalnej wstawki z głównymi bohaterami: królową i Pendergastem, która stanowi poniekąd furtką dla drugiego tomu. Furtkę niepotrzebną, bo sama fabuła pozostała na tyle otwarta, że nie trzeba było telenowelowych zagrywek, aby zaciekawić czytelników co do  dalszego ciągu. Ale fakt, że ja od sentymentalnego romantyzmu (w stylu np. tego) już bardziej wolę ostre rżnięcie (w stylu tego).

Rozwiązanie okazało się interesujące. Bardzo zgrabnie udało się powiązać dwie główne intrygi: polityczną i religijną.

Szkoda tylko, że tak mało czasu poświęcono na ich dopracowanie. Szkoda, że cała potencjalna pikanteria zdarzeń utonęła albo pod powierzchnią nudnej konwencji i, albo nierównomiernego rozłożenia suspensowych zdarzeń. Chodzi mi o taką bardzo umowną, komiksowo potraktowaną strukturę. (Ja lubię komiksową strukturę w powieściach, ale w tym konkretnym przypadku nie zawsze była ona kompatybilna z treścią. Niektóre wątki domagały się mniej umownego potraktowania, więcej uwagi i bardziej złożonych obserwacji).

 

Dla porównania: W opowiadaniu - przynajmniej w tych punktach, które da się porównać np. wątek miłosny - wydaje się o wiele bardziej interesujące. Nie tak przesiąknięte schematem (!) i sentymentalizmem (!), bardziej cyniczne, przewrotne i zabawne.


 

Część 2. Bohaterowie

 

Wiecie, jak wygląda odkrywanie potwora w horrorach? Nieświadomy niczego ludzik stoi sobie na pustkowiu, w tle złowroga muzyka i nagle BOOM BOOM, atakuje go potworny potwór. Śmierć w męczarniach. Cięcie.

Takich scen w powieści Decathexis jest kilka. Niebezpiecznie wydłuża  to ilość drugoplanowych postaci.  Pojawiają się tylko w jednej scenie i jednocześnie zabierają miejsce bohaterom pierwszoplanowym. A tych ostatnich - przynajmniej teoretycznie - jest aż trzech: Pendergrast, Tancerz Śmierci i Królowa. Napisałem teoretycznie, bo Tancerza Śmierci jest stosunkowo mało, a Królowa to już był chyba tylko taki gadżet-wypełniacz, bo - niby najważniejsza dla powieści - ale pojawia się z dwa, trzy razy na  dosłownie chwilę, nie mówi nic ciekawego i znika.

Zresztą w ogóle konstrukcja postaci to dla mnie największy minus powieści. Bohaterów generalnie nie ma, a jeżeli już są (Pendergast) to są tak przesiąknięci konwencją i nastawieni na ciągnięcie intrygi do przodu, że prawie nie instnieją jako interesujące i niezależne byty psychologiczne. O głównym bohaterze wiemy tyle, że jest odważny, sprytny i zaradny, wiemy kogo kocha i ogólnie kim jest. Ale to wszystko: pochodzenie, wątek miłosny, wykonywany zawód niestety nie tłumaczyły go jako postaci. Przez całą powieść nie rozumiałem dlaczego jest tak ważny na dworze. Politycznie i prywatnie. Zwłaszcza, że jako człowiek Pendergast wydawał się okrutnie przeciętny. Podobnie nie rozumiałem jego wyzwolenia myślowego. W świecie zdominowanym przez totalitarną ideologię, Pendergast jest od niej całkowicie wolny. Trochę jak królowa (!) Ciężko uwierzyć, że w tak dookreślonym programowo świecie wolne jednostki mogły egzystować. Oczywiście mogły, ale trzeba to było uwiarygodnić. Niestety bohaterowie zbudowani tylko z konwencji lit. przygodowo-sensacyjnej nie są w stanie obronić się na tej płaszczyźnie.

Dla kontrastu dodam, że w opowiadaniu z tomu Demony, Pendergast nie jest tak papierowy i jednoznaczny.  Fakt, że wrażeniu indywidualizacji służy zapewne pierwszoosobowa narracja, ale pojawiają się też motywy potraktowane po macoszemu w powieści. W opowiadadaniu np. Pendergast modli się do Morii.  W powieści on jest całkowitym ateistą. Mało wiarygodny, jak pisałem, ze względu na totalitarny charakter światopoglądu religii Morii.


 

Część 3. Struktura świata przestawionego

 

Universum Kierkegaardu - świata wierzącego w Śmierć jest chyba najmocniejszą stroną pomysłu Śmigla. Ubrany w umowny kostium steampunku (bo po Fantastykonie bardziej oszczędnie podchodzę do nazywanie czegoś, nadużywanym terminem, steampunk), intrygujący, niebanalny i mroczny. Krajobraz robi wrażenie. Bez względu jak ocenia się samą realizację warto przeczytać tę książkę dla samego pomysłu na alternatywną rzeczywistość Kiekegaardu.

Tylko jedna (ważna) rzecz nie dawała mi spokoju. Jak w świecie, tak bardzo zdominowanym przez śmierć [Kultywują ją instytucje państwowe (Inspektorat) i religijne (kościół Morii), mogła istnieć np. idea macierzyństwa. Nie chodzi naturalnie o samą ideę macierzyństwa, ale to w jaki sposób ludzie radzili sobie z  tłumionym przez kulturę pędem do życia. Na jakich zasadach istnieje, działa i funkcjonuje cywilizacja, dla której wyznacznikiem spełnienia jest śmierć? Jak  odnalazła się w niej cała ideologia życia, z jego potrzebami? Dlaczego ludzie nie popełniali masowych samobójstw? Dlaczego matki rodziły dzieci? Dlasczego nawet rolnicze święta  (święta życia) łączono ze śmiercią?

Nie dowiemy się z kart Decathexis czy wiarę w Morię motywuje taka a nie inna metafizyka Kierkegaardu; czy może doprowadziło do niej jakieś zdarzenie, które było takim szokiem dla mieszkańców tego świata, że spowodowało ich zwrócenie się do śmierci jako bogini. U Śmigla Kierkegaard takie po prostu jest i koniec. Nie jest to bez znaczenie, bo charakter świata przedstawionego jest tak zdecydowanie skrajny (kult śmierci), że sam w sobie domaga się doprecyzowania. W przeciwnym razie Kierdegaard staje się efektowną wizualnie, ale pozbawioną realiów i historii papierową krainą, wydmuszką.

 

Znowu: w opowiadaniu Pendergast wspomina o Zmartwychwstaniu Chrystusa, jako zdarzeniu, które odwróciło prawa rządzące się światem. W powieści nie ma silnego odnośnika do chrześcijaństwa. A takiego bądź innego wytłumaczenia rzeczywistości K. mi brakowało, bo na bazie posiadanych informacji nie potrafiłę uwierzyć w możliwość istnienia społeczeństwa, w którym nie funkcjonowałaby równoważąca kult śmierci, idea życia. Śmigiel zbudował piękną rzeczywistość, ale do pełni szczęścia zabrakło realizmu, a wiadomo, że kiedy chcemy stworzyć epicką sagę o alternatywnej rzeczywistości to wrażenie realizmu opisywanego świata jest podstawą sukcesu.


 

Część 4. Styl, język.


Nie ma się nad czym rozpisywać. Stylistycznie Decathexis stoi na naprawdę wysokim poziomie. I tutaj ukłony w stronę autora, który udowodnił, że warsztatowo jest zupełnie gotowy, aby wejść do czołówki polskich pisarzy literatury popularnej. Powieść dzięki stylowi i wyobraźni stała się wyjątkowo efektowna wizualnie. Tę książkę czyta się tak, jak ogląda się filmy Burtona. Dla obrazów. I w tym miejscu po prostu podpiszę się pod tym, co napisała Sheila:

Kolejny plus to rewelacyjny styl. Nie wiem, jak On to robi, ale stosuje z wielkim powodzeniem genialny kontrast pomiędzy ohydną treścią a pięknym, plastycznym i dopracowanym językiem.

Opis cmentarza w pierwszy rozdziale -> cudo.


 

ZAKOŃCZENIE

 

Nie jestem w stanie napisać jednoznacznej oceny. Decathexis bardzo przyjemnie się czyta, ale nie hipnotyzuje. Być może zresztą brak pewnych elementów umotywowany jest faktem, że Decathexis to 1 część większej całości i to wszystko czego mi brakuje będzie wyjaśnione w kolejnych tomach. I będzie to miało znaczenie, że pojawi się w kolejnych, a nie w pierwszym.

 


Podoba mi się potencjał, jaki istnieje w samej rzeczywistości  K. (świetne filmy na Youtubie ze świata Kierkegaardu, podobno ma powstać komiks na podstawie książki). Podoba mi się bezpretensonalna idea powieści popularnej w wykonaniun Śmigla i dzięki nim Decathexis otarła się o coś rewelacyjnego. Jednak opisane wyżej mankamenty ciągną ją w dół i nie pozwalają na aplauz na stojąco.

Pozostaje czekać na drugi tom, który podobno ma się rozgrywać na Kierkegardowym Dzikim Zachodzie.

Mimo wszystko: Polecam

 

Grafiki pochodzą ze stron:

http://www.grasshopper.fm/-decathexis-lukasza-smigla,242.html

i

http://www.facebook.com/?ref=home#!/pages/Decathexis-uniwersum-Kirkegaardu/244892022598

czwartek, 18 marca 2010
Wywiad z Krzysztofem Gonerskim

Polecam naprawdę. Wywiad z redekatorem portalu Horror Online i blogerem.

Ja pozwolę sobie przekopiować fragment o prognozać dla światowego horroru, ale polecam całość warto.


LINK

 

"W jakich barwach widzi Pan przyszłość gatunku? Jesteśmy skazani na amerykańskie remaki klasycznych horrorów? A może poza Stanami Zjednoczonymi dzieje się coś ciekawego?

Trzeba wyraźnie odróżnić dwie rzeczy: horror jako rozrywka nastawiona na zysk oraz horror artystyczny. O przyszłość tej pierwszej, niestety, bym się nie martwił. Ogromny sukces „Avatara” wywołał modę na 3D, a to oznacza, że czeka nas niekończąca się lista „znanych i lubianych” w nowej technologii. Na razie na początek idzie „Pirania” – debiut Jamesa Camerona, ale jestem przekonany, że to wierzchołek góry lodowej. W końcu nieważne jak, ważne by filmy zarabiały. Dlatego nadal będą powstawać remake'i i sequele przebojów kina grozy. Wciąż zostało jeszcze sporo filmów do przeróbki, a kury znoszącej złote jajka się nie zarzynana. Nawet jeśli większość tych jajek to filmowe zbuki.

Co do horroru artystycznego, to dla amerykańskiego kina grozy światełka w tunelu nie widzę. Owszem, statystyka pracuje na rzecz Amerykanów – przy tak ogromnej produkcji trafi się zawsze jakiś rodzynek, jak choćby bardzo dobry, za to prawie zupełnie nieznany „The Ungodly” Thomasa Dunna . Jednak to nie rodzynki tworzą tort – jeśli by pozostać przy tej cukierniczej metaforyce. Przyszłość horroru upatrywałbym w kinie europejskim i azjatyckim. Tam horror nie ma rozmiarów przemysłowych i, w przeciwieństwie do kina amerykańskiego, w którym dominuje model producencki, wciąż wiele do powiedzenia mają  w nim reżyserzy-autorzy. A autorskie, niezależne kino to nadzieja na przetrwanie gatunku. Szkoda, że nasz polski wkład w odrodzone europejskiego horroru jest żaden. No, ale co zrobić. Tak jak nigdy nie zdobędziemy mistrzostwa świata w piłce nożnej, tak nigdy nie będziemy decydować o obliczu europejskiego horroru".

poniedziałek, 15 marca 2010
Prezent

Bardzo kiepsko idzie mi ostatnio pisanie bloga. Coś mam spadek motywacji w efekcie czego bardzo spadła częstotliwość nowych wpisów. Żeby nie było, że nie mam wyrzutów sumienia.

Skończyłem czytać Decathexis i powoli, powoli zabieram się do spisania moich wrażeń. Czytam Burzę Parowskiego, która jest świetna, a w między czasie oglądam coś bardziej lub mniej strasznego.

Tymczasem dostałem właśnie niedawno cudowny prezent, którym muszę się pochwalić :-) Książkę, która powraca co jakiś czas na tym blogu i którą przeglądałem już za pośrednictwem google.books.

A teraz mam swoją :-)

Chodzi oczywiście o:


środa, 10 marca 2010
Wielka Księga Horroru (tom 1)

(Bez wstępu).

Wielka Księga Horroru 1 składa się z 16 opowiadań amerykańskich pisarzy. Wydana ładnie, jak większość pozycji tego wydawnictwa, ale też moim zdaniem nieco kiczowato. Opowiadania utrzymują  równy poziom. Lekko powyżej przeciętnej. Czyta się je przyjemnie, ze sporym zainteresowaniem, ale żadnych rewolucji, czy chociaż reinterpretacji gatunku nie należy oczekiwać. Ot, dobra lektura do autobusu, czy pociągu. Do przeczytania i zapomnienia, chociaż zaznaczam czyta się dobrze, więc w zasadzie nie jest to przytyk.


Po kolei:


1. Lato - Al Sarrantonio

Świetne otwarcie tomu. Jedno z dwóch najlepszych opowiadań. Fabuła rozgrywa się w małym miasteczku w momencie, gdy okazuje się, że ukochane zwłaszcza przez dzieciaki lato nie zamierza się skończyć. Temperatura wzrasta, paraliżując  normalne funkcjonowanie, a co najgorsze zanosi się na globalny kataklizm, który może zagrozić wszelkiemu życiu na naszej planecie.

W pewnym sensie mógłby ten tekst być propagandówką na rzecz globalnego ocieplenia, gdyby Al Sarrantiono nie spotęgował metafizycznego akcentu ekologicznej katastrofy. Jest zatem zagadkowo i groźnie. Opowiadanie nie kończy się jakimś niespodziewanym twistem fabularnym, ale zakończenie jest spójnym i konsekwentym zamknięciem opisywanych zdarzeń, co w przypadku tak krótkich form jest  niemałym wyczynem. 10/10


2. Głeboko - Ramsey Campbell

Moje ulubione. Zaczyna się tak oklepanym motywem, że finalne wywindowanie pomysłu jest godnym podziwu dowodem na  spory talent literacki Campbella.

Nie będę pisał nic więcej. To trzeba przeczytać. Nie przesadzam. Opowiadania najstraszniejsze w tomie. Po prawdzie jedyne, które autentycznie PRZERAŻA, a nie po prostu utrzymuje klimat grozy. 10/10


3. Nocna zmiana - John Gordon

Nocną zmianą Wielka księga horroru rozpoczęła swoją tendencję zniżkową pod względem jakości, zamieszczonych w niej opowiadań. Nie, nie... Nie ma katastrofy, ale właśnie żadne z kolejnych opowiadań nie dostarczyło mi tyle przyjemności w lektutrze, co dwa wcześniejsze.

Nocna zmiana opowiada o pewnej niezbyt przyjemnej nocy, spędzonej w nawiedzonym muzeum. Trochę w tym Szóstego zmysłu, ale naprawdę troszeczkę. Wyszło zacnie i tyle. 7/10


4. Luksus krzywdzenia - Christopher Fowler

Narratorem jest pisarz, który przybywa wraz ze swoim przyjacielem z lat dziecinnych do małej nadmorskiej miejscowości. Ma tam miejsce zjazd fanów horrorów. Tekst, jak właściwie każdy w antologii czyta się naprawdę nieźle, ale Luksus krzywdzenia tak po prawdzie ani nie straszy, ani nie szokuje, ani nie zaskakuje. 5/10


5. Pociągi specjalnego nadzoru - Mark Samuels

Kolejny świetny tekst. Trochę może za bardzo kopiuje pomysły Barkera z Nocnego pociągu z mięsem, ale na szczęście nie jest to nachalne, ani irytujące. Główny bohater rewelacyjny. Taki samotny glina jak z amerykańskich kryminałów z lat 40'. Opowiadanie trzyma w napięciu, zakończenie nie zaskakuje, ale mimo to wszystko ładnie składa się w całość. Bardzo satysfakcjonujące. 10/10


6. Krokusy - Elizabeth Hand

W pewnym momencie lektury Wiekiej Księgi... zdałem sobie sprawę, jak nikły jest procent kobiecych autorów w opisywanej przeze mnie antologii. W pewnym sensie może to odwzorowywać dominację mężczyzn-pisarzy na horrorowym rynku, dlatego ucieszyłem się na pierwsze opowiadania autorstwa kobiety i jak szybko się ucieszyłem, tak szybko tego pożałowałem. Krokusy to jedno z najgorszych, jeżeli nie najgorsze opowiadanie w tomie. Akcja rozgrywa się w futurystycznym świecie, bardziej jednak przypomina romans, niż horror. Nie straszy, nie niepokoi, nawet nie zaciekawia. Nudzi. 3/10


7. Czego nienawidzi natura - Mark Morris

Czego nienawidzi natura ma banalny finał, nudnie przeprowadzoną akcję, z którymi kontrastują jednak dobre pomysły (przewodni motyw z reklamówkami, ale też rozmowa telefoniczna, czy odnalezienie "kryjówki"). Z jednej strony więc zaciekawia i trzyma w napięciu, z drugiej trochę nudzi i rozczarowuje finałem. Na plus trzeba wspomnieć o klimacie, przywodzącym na myśl klimat Silent Hill. I to właśnie on plus wspomniane wcześniej pomysły tak podnoszą ogólną ocenę. 7/10


8. Ostatni krąg - Lynda E. Rucker

Ostatni krąg w pełni zrekompensował moje zawiedzenie się opowiadaniem Krokusy. Rucker uświadomiła mi, że to co kocham w horrorach to ich schematyzm. Samo poruszanie się po złożonej ze znanych rekwizytów przestrzeni dało mi tyle satysfakcji, że fabuła i bohaterowie zaczeli odgrywać zupełnie drugoplanową rolę. Wysarczyło, że nie przeszkadzali, ale też trzeba zaznaczyć, że nie pozostawiali wiele do życzenia i Rucker udało się świetnie dopasować ich do opowieści.

Historia wielkiego powrotu do zdewastowanego przez czas świata lat dziecinnych została napisana ze sporym wyczuciem i już sama w sobie była całkowicie satysfakcjonująca. 10/10


9. Amerykańscy  zmarli - Jay Lake

Opis postapokaliptycznego świata rządząnego przez okrutny kler oczami małego chłopca i jego przyjaciółki. Bardziej moralitet z domieszką love story niż opowieść grozy. Najbardziej chyba zaangażowane społecznie opowiadanie w tym zestawieniu. Przez co najbardziej wyraziste. Przypadło mi do gustu. 10/10


10. Między zimnym księżycem a ziemią - Peter Atkins

Historia jakich miliony. Na szczęście Atkins ma na tyle daru opowiadania, aby nie nudzić.

Coś tam o duchach w stylu, jak ironicznie można by napisać, "Spieszmy się kochać ludzi..."  6/10


11. Łkanie pośród ciszy - Gene Wolfe

Zabijcie mnie. Wielką księgę horroru skończyłe czytać tydzień temu i już kompletnie nie pamiętam, o czym to było. ???!!!


12. Błąd scenariusza - Nicholas Royle

Okropnie nudne, długie i nudne. Nudne, nudne. Historia młodego pisarza, a w tle realizowanie filmu Hellraiser. Nic. Nic. Nic. Nuda. Nuda. Nuda. 4/10


13. Opętany snami pacjent doktor Pridy - Michael Bishop

O wampirach. To w zamyśle miała być taka przewrotna miniaturka. Pomysł może i faktrycznie przewrotny, ale realizacja nie wzbudza zainteresowania. Ot, opis trzech snów.  5/10


14. Których zostawiamy - Mark Chadbour

Impresja o wojnie w Wietnamie. Trójka młodych przyjaciół bierze udział w niebezpiecznej misji z niebezpiecznym finałem.  6/10


15. Moja - Joel Lane

Banał! 3/10


15. Pogrzeb - David J. Schow

Jakie jest zamknięcie Wielkiej księgi horroru? Ano takie, jak cała antologia. Dobrze się czyta, mało straszy, ale bez rozczarowania. Historia w stylu powrotu żywych trupów, ale mniej apokaliptyczna, bardziej zabawowa i spsychologizowana.  Fajny główny bohater i ten sam amerykański mit, że realizować się można w każdym zawodzie bez względu na to czy pracuje się, jako nauczyciel, czy kopiąc groby na cmentarzu. Idea tak chętnie promowana ostatnio przez Gazetę Wyborczą. 7/10

 

 

 

 

Podsumowanie:

1 tom zachęca do drugiej części, co jest sporym sukcesem.  Jeżeli porównać WKH to wydawanych przez Red Horse antologii polskich opowiadań, to trzeba przyznać, że to co odróżnia obydwa tomy to fakt, że zachodni horror z bogatą tradycją nie posiada kopleksów względem innych gatunków. Ta różnica jest ogromna i bardzo widoczna w tekstach.

piątek, 05 marca 2010
Martwa Europa - zapowiedź

To już druga nie-horrorowa książka po Burzy Parowskiego, którą po prostu MUSZĘ przeczytać. I która wydaje się naprawdę tego warta. A to nie jest łatwe do osiągnięcia, przy moim zlasowanym grozą umyśle.


Ten drugi tytuł to wydana przez Replikę powieść austalijskiego pisarza, geja i ateisty, Christosa Tsiolkasa pt. Martwa Europa .

 


Powieść ma opowiadać, wg noty wydawcy, "o rozczarowaniu Europą".Nawiązywać do Holocaustu i bogatej tradycji europejskiego rasizmu. Elementy grozy mają być obecne, ale raczej jako metafora upiorów przeszłości, niż samodzielny byt estetyczny.

Przyznam się, że przeczytałem całą stronę internetową (bardzo ładną i profesjonalną) do polskiego wydania Martwej Europy i jestem coraz bardziej zaintrygowany.

Polecam zwłaszcza fragmenty książki i świetny wywiad z pisarzem.

 

Christos Tsiolkasa został za nią nagrodzony, a wcześniej napisał gejowską powieść na podstawie której został zrealizowany film o takim ładnym zwiastunie:

 


 

 

 

 

Replika na swoim profilu na YouTube zamieściła też materiał video - wywiad z pisarze, który po prostu musicie obejrzeć, bo dla mnie Christos Tsiolkas uosabia w nim dokładnie to, czego szukam u artystów, a czego próżno szukać, niestety u polskich autorów: WYRAZISTOŚĆ!

I do tego całkiem ładnie klimatyczna okładka ;-)

 

 

zdjęcia:

http://beta.images.theglobeandmail.com/archive/00157/tsiolkas_157561gm-a.jpg

http://www.replika.eu/

czwartek, 04 marca 2010
Weź udział w horrorze

Last Call by 13 Street

 

Pod ostatnim wpisem o lalach Kasziev podał mi link do zabawnego traillera "Pierwszego interaktywnego horroru", w którym... sami widzowie biorą aktywny udział.

Spróbowalibyście?

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 41