interpretation is the only game in town

AKCJA

środa, 28 lipca 2010
Nowe Silent Hill - zwiastun

Po ostatnim (pewnie to jeszcze kiedyś opiszę) spektakularnym rozczarowaniu Alone n the Dark spokojnie mogę napisać, że Silent Hill to najlepsza horrorowa przygodówka w jaką grałem. (chociaż Penumbra też ryje beret)

Do sieci trafił najnowszy zwiastun przygotowywanej właśnie przez czeskie studio Vatra kolejnej części.

Zwiastun moim zdaniem... przynajmniej wizualnie... doskonale oddaje  totalny i przygnębiający klimat serii.  Już sama narracja jest mocno inspirująca, ale wygląd lokacji, deszcz, szarość, pustka i te kruki ;-) po prostu hipnotyzują. No i widać, że alternatywne Silent Hill coraz bardziej pod względem "wystroju" zmierza w kierunku jakiejś koszmarnej wersji steampunkowej fabryki.

Obejrzyjscie. Warto:

 


 

Dla przypomniania - moja styczniowa recenzja Silent Hill Homecoming

niedziela, 25 lipca 2010
Czerwony kościół - recenzja

Scott Nicholson napisał horror bardzo niebezpieczny. Pod płaszczykiem brutalnej, dobrze znanej historii o pierwotnym złu (bla bla bla), ukrył przewrotną sugestię, że Bóg w rzeczywistości jest Szatanem, cały świat skąpanym we krwi, błocie i mięsie Kościołem tego Boga, a ludzie to w rzeczywistości szaleni fanatycy religijni albo (w najlepszym razie) nudni moraliści, tchórze czy marionetki.


Wątek religijności to właściwie najważniejszy temat tej opowieści. Wszystkie inne historie, nawet te całkiem interesujące, w ostateczności i tak zrzucane są na drugi plan. Mógłbym więc oczywiście wspomnieć o fajnym naturalizmie i braku jakiegokolwiek sentymentalizmu w portretowaniu bohaterów, o dusznym obrazie amerykańskiej prowincji, mocnych i dosłownych opisach różnej maści makabry. Mógłbym, bo wszystko razem składa się na niezwykle przyjazny dla spragnionego sensacji czytelnika obraz z apokaliptycznej bitwy o ludzkość. Wolę jednak skupić się na tym, co w Czerwonym kościele jest najmniej standardowe, najbardziej przewrotne i w sumie najbardziej inspirujące.

 

A zatem.

Na mnie największe wrażenie zrobił wątek, toczący się właściwie gdzieś obok głównej fabuły i najważniejszych zdarzeń, ale który dokonał swoistej dekonstrukcji tego bezpiecznego, dualistycznego świata, jaki znamy z horrorów. Chodzi o dualistyczny świat, w którym umieszczone po jednej stronie Dobro toczy permanentną walkę z bezkompromisowym Złem. Nicholson w swojej powieści zasugerował (To ważne, bo cała omówiona za moment idea jest w książce nie tyle opowiedziana, ile właśnie zasugerowana), że świat, w jakim żyjemy, jest złym miejscem, które w swoich trzewiach ukrywa potworną, niszczycielską siłę. Nie ma intencjonalnego Dobra. Intencjonalna jest jedynie tajemnicza potęga, której bliżej jednak do destrukcji i zła.

Horrory przyzwyczaiły nas do tego, że świat - nawet jeżeli niebezpieczny - jest w gruncie rzeczy bezpiecznym miejscem. Zło zostaje ostatecznie pokonane, albo skutecznie zneutralizowane. Pozwala na to metafizyczne Dobro, które zapisane w starych księgach, ustala bezpieczne granice i reguły, pozwalające pozytywnym bohaterom na pokonanie niebezpiecznego przeciwnika. W Czerwonym kościele za bohaterami nic nie stoi, a ich konstrukcja jako słabych, niepewnych siebie i (co ważne!) omylnych sprawia wrażenie, że wynik batalii jest przypadkowy, a aktywność bohaterów i ich decyzje równie dobrze mogłyby być zupełnie inne. Jest w tym ujęciu jakiś anarchistyczny bunt przeciwko twardym wymogom gatunku. Manifestacyjnie niepewni bohaterowie sugerują, że nie stoi za nimi żadne prawo, żaden święty dekalog. Wszystko jest jedynie ślepym trafem i walką o przetrwanie, a wartości to największe zmienne.

Dodatkowo to wywrotowe wrażenie wzmacnia religijna tematyka powieści. Fakt, że po stronie Tego Złego staje wyjątkowo religijna, lubująca się w dewocyjnych frazesach grupa ludzi, sprawia wrażenie jakby Bóg - ten mityczny Bóg wszystkich wierzących ludzi - stał właśnie po ich stronie i po stronie ich mrocznego sprzymierzeńca. Nie jest to wątek istotny dla fabuły i jak powiedziałem, raczej jest on kwestią takiej a nie innej interpretacji, ale autentycznie intryguje i czyni z Czerwonego kościoła mocny i radykalny horror satanistyczny. (Zdecydowanie w duchu satanizmu teistycznego)

 


Może nieco konkretów:

Do położonej na odludziu miejscowości, przybywa tajemniczy Archer McFall. Wizjoner i charyzmatyczny kaznodzieja, który staje się guru starodawnego ugrupowania religijnego. Ugrupowanie to głosi, że Jezus Chrystus nie był jedynym synem Boga i że to właśnie Archer McFall jest kolejnym mesjaszem. Socjopatyczny, wizjonerski i pociągający McFall gromadzi koło siebie członków najstarszych, mieszkających w okolicy, rodzin-założycieli. Przypomina o ciążącej na nich winie za grzechy ich przodków i każe za te winy płacić krwią. Nie ma w tym naturalnie nic oryginalnego, ale religijna gorliwość jego wyznawców i przekonanie o tym, że stoją po stronie Światła i Prawdy przy jednoczesnych nadnaturalnych mocach Archera, sprawiają, że argumenty jego nielicznych zresztą antagonistów, z ich milczącym biblijnym Bogiem (nie wiadomo który Bóg jest prawdziwy) wypadają wyjątkowo słabo. Oprócz tego dostajemy naturalnie cały arsenał znanych i lubianych motywów, o których grzech nie wspomnieć.  Jest zatem: obrzydliwy, latający potwór z wątrobami zamiast oczu, bezkompromisowa sekta religijnych fanatyków, nawiedzenia przez zmarłych, przeklęty, podniszczony i opustoszały kościół, czarne msze oraz tajemnice z dalekiej przeszłości. Wszystko to razem sprawia, że powieść czyta się zupełnie przyjemnie.

Cała historia jest to walka pomiędzy osamotnionymi, słabymi ludźmi, a istotą, która nie tylko twierdzi, że jest Bogiem, ale która jednocześnie ma jego (przynajmniej niektóre) atrybuty. Na czele z ideologią Nagrody i Kary, albo raczej Kary i bezwarunkowego posłuszeństwa. Ludzie natomiast przypominają niepewnych siebie samotników, którzy w imię jeszcze bardziej niepewnych zasad i uczuć (które okazują się kompletnie niepoczytalne. Nie ma świętości. Miłość, rodzina... nic nie zapewnia bezpieczeństwa) walczą z potężniejszym od siebie przeciwnikiem.

To co dla mnie było najbardziej przejmujące w trakcie lektury, to chyba właśnie to totalne zanegowanie jakiejkolwiek metafizyki, która mogłaby stanąć po stronie ostatnich sprawiedliwych. Pozytywni bohaterowie obowiązkowo są samotni. Och, mają naturalnie swoją religię i swoje przekonania, ale w konfrontacji z wszechpotężnym Archerem i tak chodzi ostatecznie o determinację, odwagę i.. czysty przypadek.

Reasumując, Czerwony kościół bardzo fajnie pokazuje jak pojemny jest horror jako gatunek i że już wkrótce (jestem o tym przekonany)  konserwatywne teksty o tym, że lepiej siedzieć w domu i nie badać, nie eksperymentować, nie próbować zostaną zastąpione przez horrory, których głównym zadaniem będzie krytyczne spojrzenie na rzeczywistość... pewnie na rzeczywistość społeczną, bo to ona postrzegana jest jako opresywna.

 


poniedziałek, 19 lipca 2010
Lost: Zagubieni s01e02 - recenzja odcinka

Projekt LOST (2)

Recenzję pierwszego odcinka można przeczytać tutaj. Dzisiaj moja spowiedź z kolejnego epizodu, czyli pilota numer 2. Oczywiście: Spojlery.


S01E02 - Pilot. part two



Drugi odcinek (będący właściwie bezpośrednią kontynuacją poprzedniego) rozpoczyna się w momencie, gdy trójka bohaterów (Jack, Kate i Charlie) wraca do obozowiska na plaży. Odnaleziony w kokpicie, radioodbornik, okazał się zepsuty. Sayid, który jest Irakijczykiem (co jest ważne, bo mocny [jak na mainstream] polityczny wątek będzie kontynuowany przez wszystkie sezony), zajmuje się naprawieniem radioodbiornika. Jest to jedyna szansa na ratunek, bowiem - o czym dowiedzieli się od kapitana Kate, Jack i Charlie -  z powodu nagłej zmiany kursu samolotu, pasażerowie znajdują się setki mil od pierwotnej linii lotu. Szanse więc, że zostaną odnalezieni, są niewielkie.

I tak już ciężką atmosferę w obozie psuje fakt, że poszukujący swojego labradora, 10-letni Walt, znajduje policyjne kajdanki. Wygląda na to, że któryś z pasażerów, znajdujących się w samolocie, z jakiegoś powodu był eskortowany przez policję.   Sawyer oskarża Saiyda (bo ten służył dawniej w republikańskiej armii przeciwko - o zgrozo - Amerykanom), że to on był więźniem albo że katastrofa była wynikiem jego zamachu terrorystycznego.


Drugi pilot to odcinek, w którym niespiesznie poznajemy poszczególonych, ważnych dla fabuły serialu, bohaterów i zawiązana zostaje pierwsza intryga.

Dzięki znakowi rozpoznawalnemu serii Lost - flashbackom - możemy przyjrzeć się (przynajmniej szczątkowo) katastrofie samolotu, widzianej oczami dwójki kolejnych bohaterów: Kate i Charliego. Jednocześnie dowiadujemy się co nieco o nich samych. Kate - wiadomo co, Charlie - narkotyzujący się eks-muzyk.

Najbardziej ze wszystkich wyróżnia się para Azjatów. Zepchnięci na margines przypadkowej społeczności z powodu bariery językowej, wydają się być w najgorszej sytuacji. Milcząca Sun jest całkowicie zdominowana przez męża, Jina, który próbuje jeszcze bardziej odseparować ją od reszty rozbitków. Taka sytuacja i wielość interpretacji generuje jeszcze większe napięcie. Możemy jedynie domniemywać czy relacje między nimi określa kulturowy kontekst (żona słucha męża), czy należałoby się dopatrywać podtekstu kryminalnego, albo wreszcie może obydwoje po prostu COŚ ukrywają. Bez wątpienia Sun i Jin są najbardziej tajemniczymi bohaterami pierwszego sezonu. O nich wiadomo najmniej, chociaż jednocześnie dzięki swojemu odseparowaniu budzą najwięcej sympatii.

Drugi epizod kończy się wyprawą w górę wyspy w celu wysłania sygnału S.O.S. przez naprawiony radioodbiornik. Po niebezpiecznej przygodzie i kolejnym flashbackom (dzięki któremu dowiadujemy się, że eskortowanym więźniem była jedna z najmniej chyba podejrzanych osób... Kate) dochodzimy do wielkiego finału:

Sayid, próbując wezwać pomoc, odczytuje inny, nadawany po francusku, sygnał.  Sygnał wysyłany z wyspy, na której rozbił się samolot, nadawany od kilkunastu lat, powtarzający się raz za razem głos zmęczonej kobiety z prośbą o pomoc w wydostaniu się z wyspy.

Kapitalne jest to swobodne eksploatowanie serialowej konwencji z kończenieniem kolejnych odcinków Wielkim Boom. Lości są w tym doskonali i poza jakąkolwiek konkurencją, bo niewielu tytułom udaje się to z takim wdziękiem i brakiem sztucznością. Z pewnością jest to zasługa częstego odwoływania się do klasycznych, stworzonych jeszcze w XIX wieku, konwencji przygodowych powieści. Takie mam skojarzenia. A w tym odcinku jako elegancki przykład może posłuzyć... pojawienie się niedźwiedzia i thajemniczy sygnał z przeszłości.

:-)

CDN

Charlie

Zdjątko: http://img2.blogcu.com/images/l/o/s/lostlost/lost_dominic_monaghan_as_charlie.jpg

niedziela, 11 lipca 2010
Literatura zbójecka, zła, niemoralna i nierzadko kiepska.

To będzie kolejny wpis, którego główną funkcją jest odwrócenie uwagi od mojego braku motywacji do pisania recenzji.  Dzisiaj luzacko o moich ostatnich książkowych zakupach, co na swój sposób jest swoistym ewenementem, bo normalnie unikam jak ognia kupowania i gromadzenia książek. Tym razem zrobiłem wyjątek i zaopatrzyłem się w długą listę tytułów, która najpewniej -znając moje problemy z szybkim czytaniem - wystarczy na rok.

Rzućmy więc okiem na to co nas czeka na Horror Story w przyszłości:

(Kolejność przypadkowa)

1. Wpuść mnie

 


2. Powroty zmarłych

 


3. Ludzka przystań

 


Wszystkie trzy tytuły, które powinienem przeczytać dawno temu. Wszystkie trzy namaszczone przez Maarcussa (Wpuść mnie, Powroty zmarłych, Ludzka przystań). Wszystkie trzy zapowiadają się na wyjątkową ucztę.


4. Noc zombie

 


5. Miasto żywych trupów

 


6. Szepty w ciemności

 


7. Dom zagubionych dusz

 


8. Blues duchów

 


Tak jak pozostałe horrory wydane przez Amber kupiłem na internetowej wyprzedaży, na którą moją uwagę zwrócił Mateusz. Wszystkie 9 horrorów kupiłem za 10 zł/sztuka i po prawdzie więcej bym nie zapłacił, bo więcej zwyczajnie nie są warte. Wybitnie tanie, broszurowe wydanie z beznadziejnymi okładkami, łatwo ulegające zużyciu. Swoją drogą wydawnictwo ma tupet, aby za stricte broszurowe wydanie ściągać opłatę jak za normalnie wydane tytuły (30-40zł). (Mnie w ogóle irytuje fakt, że w Polsce prawie nie wydaje się literatury popularnej w tanich, broszurowych wydaniach. Tak jakby była to literatura, której celem jest elegancko wyglądać w biblioteczce, a nie zostać przeczytaną i zapomnianą. Wyjątek stanowi Książnica z kilkoma świetnymi tytułami)

 

9. Instynkt śmierci

 


Jestem bardzo ciekawy tej ostatniej wydanej w Polsce powieści Little. Twórczość Little zbiera gromy ze strony polskich krytyków. Ja po Pociągu upiorów, który mi się podobał i Dominium, który mi się nie podobał, mimo wszystko, mam sporo sympatii dla tego pisarza.


10. Oczy pantery

 


Tak jak napisałem na Facebooke'u jestem już w trakcie lektury tego zbioru klasycznych opowiadań i wszystko wskazuje na to, że horror story czeka żenująco pochwalny wpis o prozie amerykańskiego pisarza.


11. Zagubione duchy

 


12. Sześć barw grozy

 



Na marginesie dopiszę jeszcze Lewą rękę ciemności, którą chciałem przeczytać od czasu recenzji ninedin i moją ukochaną Pannę Nikt, którą z całego zestawienia przeczytałem jako pierwszą. Bardzo bym chciał coś o powieści Tryzmy tutaj napisać, ale chyba jednak nie chcę aż tak naginać i niewyobrażalnie rozszerzać do absurdu granic gatunkowych horroru.

piątek, 09 lipca 2010
Dwa ważne horrory na jesień 2010

Nie na temat: Jest nudno, gorąco... Na temat: Mam wrażenie, że po renesansie horroru europejskiego, przez jakiś czas w gatunku nie pojawi się żadne novum. Czeka nas kulturowa zapaść ;-)

Wyczekiwane przeze mnie tytuły na rok 2010 okazały się prawie w całości porażkami. Tym razem wymienię tylko dwa. Jednocześnie zaznaczam, że nie spodziewam się dobrych filmów. Ale wspominam o nich, ponieważ pierwowzory są ważne. (Paranormal Activity jest ważny, bo dogonił popularnością tandetne  gore natomiast Pozwól mi wejść nie tylko wypromował świetnego szwedzkiego pisarza horrorów, ale także przypomniał o związkach horroru z dramatem psychologicznym)

Reasumując, oba tytuły były dobrym krokiem w stronę nastrojowości, tajemniczości i niedomówień. Jak będzie z amerykańskim remakiem Pozwól mi wejść albo kontynuacja PA?

Pewnie średnio. Ale ponieważ obydwa tytuły wpisały się na stałe do historii gatunku, to warto chociaż zerknąć na zwiastuny nowych wersji.

Podobają się?

 

 

 

niedziela, 04 lipca 2010
Pożeganie ze starym kinem

Teraz możecie spokojnie usiąść i uważnie posłuchać pewną smutną opowieść o starych kinach, których już nie chcę Polacy. Ostatecznie nie ma obowiązku nic z tym robić, można pokiwać ze zrozumieniem głową, albo wzruszyć ramionami. Wszystko potoczy się swoim torem. Ja mam jednak silne poczucie, że pomimo coraz bardziej kurewskiego panta rei, robić coś z tym trzeba. I o tym będzie ten wpis.



Ale najpierw wstęp nr 2

Wybrałem się kilka dni temu na pokaz filmu pt. Samotny mężczyzna, film kameralny, z jedną z moich ulubionych aktorek, do kina, które było najważniejszym kinem w latach mojego dzieciństwa (lata 90'). Wiem, że jestem jednym z niewielu szczęściarzy, którzy mogą pozwolić sobie jeszcze na taki sentymentalny luksus. Większości kin, działających w tamtym okresie, zwyczajnie już nie ma, a co za tym idzie większość z Was może sobie tylko pomarzyć o takiej podróży w przeszłość. Wrocławskie kino Lwów, bo o nim mowa, na szczęście jeszcze działa. "Działa". Co prawda czas dość inwazyjnie się z nim obszedł (To eufemizm, bo wygląda obskurnie), repertuar zdecydowanie dla skrajnie cierpliwych widzów (nowości pojawiają się długo, długo, długo... po oficjalnej premierze. W przypadku Samotnego mężczyzny było to ok 2 miesięcy), to jednak kino Lwów wygrywa z każdym nowszym kinem, bo zachowało w sobie prawdziwą magię i niesamowity klimat czasów, kiedy chodziło się na filmy, a nie do kina na jedzenie i gadanie.

Jeżeli mam streścić sprawozdanie z projekcji w dwóch słowach to: BYŁO ODJAZDOWO!

Film w reżyserii Toma Forda naturalnie wspaniały pod względem treści (gejowski melodramat) i formy (barokowy przepych zdjęć), oszołamiająco zagrany przez Colina Firtha i zgrabnie wdzięczącą się do widza naprawdę drugoplanową rolą, Julianne Moore.



Nie chcę skupiać się na fabule, bo w gruncie rzeczy ten film ma w sobie coś z wdzięcznego kaprysu współczesnej burżuazji. Nie napiszę o nim nic więcej. Horror Story jest  ciągle blogiem tematycznym i Samotny mężczyzna pojawia się wyjątkowo. Nie chcę w żaden sposób nadużyć cierpliwości wszystkich innych szacownych dzieł z nurtu art-grozy, czekających na zrecenzowanie na jego łamach, stąd ani słowa więcej. Polecam. ;-)



Bo też głównym bohaterem tego wpisu jest chylące się ku upadkowi stare kino i szerzej wszystkie jemu podobne, chylące się ku upadkowi, stare kina, które już niedługo obecne będą tylko w powieściach i filmach kostiumowych. (!) Stąd wyjątkowość tego na co, jako uczestnicy końca pewnej epoki, mamy jeszcze szansę.

Stare kina umierają. Gdyby żył jeszcze Bruno Schulz, to zapewne napisałby o tym kawałek świetnej prozy w duchu Sklepów cynamonowych, ale Schulza nie ma i kina te odchodzą w przeszłość bez świadków. Zastępują je (Już je zastąpiły) wielkie multipleksy. Multipleksy, które z kinami o jakich marzycie (bez tłumów, popcornu i zmęczonej, eksploatowanej przez korporacje, obsługi) nie mają nic wspólnego. Są jednak o wiele, wiele, wiele, wiele lepsze pod względem technicznym, więc ich dominujący status jest nie do pokonania.

 

 

W skrócie: żeby uratować te wszystkie, zarabiające na filmach, a nie na sprzedaży popcornu, Lalki, Lwowy i Warszawy, musiałby zdarzyć się cud. Cud się z pewnością nie zdarzy i za  niedługi czas nie będzie alternatywy dla Multikina, Heliosa i Cinema City. Nasze młodsze rodzeństwo (nie mówiąc już o zupełnie hipotetycznych [bądź nie?] potomkach) nie będzie miało pojęcia, że jakaś alternatywa w ogóle mogła istnieć i kina wyglądały inaczej od tych, wybudowanych w środku galerii handlowych, ambasad Hollywoodu XXI wieku.




Co w tej sytuacji można zrobić? Jeżeli Wam zależy.

Jedyne co można zrobić, to zwyczajnie kupować bilety i chodzić do starych kin, jeżeli jeszcze jakieś ostały się w Waszej okolicy. Trzeba ugryźć niski standard nie od strony blichtru, kiczu i łatwej, konsumpcyjnej wygody (symbolizowanej przez popcorn o zawyżonej cenie), ale od strony pasji dla undergroundu, tęsknoty za manifestacyjną niezależnością, dekadenckiego tradycjonalizmu (ironia czasów) albo szczeniackich marzeń o buncie przeciwko systemowi.



Decyzja o przejściu z Multipleksów do kina najprawdopodobniej nie bardzo obciąży Wasz budżet (bilety są tańsze, a katalog tytułów znacznie uboższy), obciąży natomiast Wasze przywiązanie do łatwej wygody. To będzie Wasza cena, za to aby powalczyć o możliwość wyboru. Nietypowe? Prawda początku XXI wieku jest jednak taka, że głos mają jedynie nasze portfele. To one budują świat dookoła. Nasze proste wybory, gdzie zostawić złotówki, kształtują najbliższe otoczenie. Może więc warto uświadomić sobie, że o patriotyzmie świadczą nie piękne deklaracje polityków, ani wywieszanie flag, ani też zostawianie komentarzy na forach, ale to gdzie i jak wydajemy nasze pieniądze.

Generalnie to do czego namawiam jest banalnie proste. Poszukajcie w swoim mieście takich kin, przejrzyjcie repertuar i zrezygnujcie od czasu do czasu z wygodnych foteli i wielkich ekranów na rzecz klimatu przez duże K. To nie jest trudne, a przyjemność buntowania się przeciwko głupiemu systemowi, który niszczy wszystko, co inne... bezcenna.


Serdecznie namawiam Was też do samego wspierania akcji.

Odwiedzając konto na facebooku, albo zamieszczając na blogach, mikroblogach czy portalach społecznościowych lub forach informacje o samej akcji; pisząc recenzje, zaznaczając w jakim egzotycznym kinie, oglądało się film.

Każdy może też zamieścić taki banner na swojej stronie:



 

 

Spróbujcie choćby tylko po to, żeby móc powiedzieć kiedyś, że Wy do takich kin też chodziliście. I żeby nie musieć potem beznadziejnie narzekać, że w kinie nie da się już oglądać filmów, bo wszędzie tylko gadanie, mlaskanie, śmiechy i idiotyczne komentarze.


Ważne strony:

Konto akcji na Facebooku

Najnowsza historia kina Lwów na stronach Brzydkiego Wrocławia

ODRA-Film

 

Wykorzystane do wpisu zdjęcia pochodzą z:

http://www.nowamuzyka.nazwa.pl/brzydkiwroclaw/2010/02/kino-lwow-dni-policzone/

http://i.wp.pl/a/f/jpeg/24027/singleman340.jpeg

http://pik.wroclaw.pl/uploaded/Kino_Lwow_2.jpg

 

I jeszcze jako inspirację:



niedziela, 27 czerwca 2010
Lost: Zagubieni s01e01 - recenzja odcinka

Tak jak obiecałem rozpoczynam swój projekt LOST.

YEAH!!! Kocham ten serial.

Nie będę spojlerował dalej niż recenzowany odcinek. Więc dla tych, którzy jeszcze nie oglądali ostatnich sezonów, jest to z pewnością komfort. Z drugiej strony wiem, że takie szczegółowe wiwisekcje serialu, który już sam w sobie jest dość hermetyczny, mogą nie wzbudzić zainteresowania. W obliczu takiej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak tylko posypać głowę czymkolwiek i...

O Zagubionych pisałem już na tym blogu przy okazji, podsumowującej cztery pierwsze sezony, notki o horrorowych inklinacjach Lostów. Tutaj. Tym razem zapraszam na posiekaną na dziesiątki części recenzję tego, w rzeczywistości  wieloodcinkowego filmu fabularnego, ktory łączący w sobie filozofię, tropy kultury masowej, fizykę, s-f i odniesienia do literatury.


s01e01 - Pilot. part one

 

Początek Zagubionych jest już kanoniczny: niespodziewane i absurdalne przebudzenie dr Jacka Shepharda w środku dżungli.

Zdezorientowany Shephard budzi się w filmie w podobny sposób, jak - w tym samym filmie - "budzą się", zaczynający go oglądać, zdezorientowani jeszcze, widzowie. Przynajmniej w pewnym ujęciu. Tak samo, jak my budzimy się, zaczynając oglądać film i poddając się jego nierzeczywistej rzeczywistości, tak i Jack Shephard budzi się w tym samym momencie, w tym samym filmie i w podobnym stanie świadomości. Wiem, że nie jest to bardzo oryginalna interpretacja... Wiem, że w gruncie rzeczy jest to ordynarnie nie-oryginalna interpretacja. Dla mnie jednak takie odczytanie początku pilota ma bardzo malowniczy i znaczący wydźwięk. Zwłaszcza że Jack, w pewnym sensie, przez większą część historii pełni rolę przewodnika. Ma za zadanie przeprowadzić widza od momentu całkowitej niewiedzy do chwili opanowania, przynajmniej szczątkowo, sytuacji wyjściowej. Jeżeli uświadomimy sobie później, że Shephard jest  manifestacją takiej  skrajnie syntezującej świat osobowości, przypisana mu rola przewodnika okaże się całkowicie nieprzypadkowa.


Nonsensowność w jakiej przedsawiono pierwsze sekwencje (dżungla, spotkanie z białym labradorem (!), chaos i totalna dezorientacja) przywodzi na myśl logikę snu i trzeba przyznać, że nawet jeżeli taka sugestia jest dosyć trywialnym pójściem na skróty (ZNOWU), to ładnie ilustruje absurdalność sytuacji w jakiej znalazł się Jack Shephard i pozostali bohaterowie serialu. Podobnie jak widzowie, muszą oni poddać się zdarzeniom kreowanym na ekranie. A zdarzenia, oprócz tego, że ekstremalne i w pewnym sensie magiczne, są jak ze słynnego powiedzenia: Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie ma stale wzrastać. (Pod tym względem Lości są jak Biblia konwencji przygodowej i sensacyjnej. Pod względem paradygmatów gatunkowych trudno chyba o lepiej i dokładniej zrealizowaną fabułę. Wszystkie proporcje zachowane są idealnie).

Początkowym trzęsieniem ziemi w Zagubionych jest katastrofa samolotu linii  lotniczych Oceanic Airlines, który z niewyjaśnionych przyczyn rozbił się na egzotycznej wyspie.

Po wydostaniu się przez  Jacka z dżungli na plaże, oczom widzów ukazuje się spełniony koszmar. Martwi  i poranieni ludzie, krzyki, panika i strach. Jack  Shephard jednak po przebudzeniu i wyjściu z dżungli na plażę, zadziwiająco szybko odnajduje się w ekstremalnej sytuacji. Przejmuje kontrolę i organizuje pozostałych pasażerów-rozbitków w taki sposób, aby jak najefektywniej zniwelować negatywne skutki katastrofy. Towarzyszy temu zadziwiający kontekst.  Przerażeni ludzie, śmierć i ruina, a dookoła idyllicznie piękna plaża,  czyste niebo, woda i zielone drzewa.

Bohaterem pierwszego odcinka jest zatem Jack Shephard, lekarz-chirurg. To za jego pośrednictwem poznajemy pozostałych bohaterów tej historii: ciężarną Claire, pomocną Kate i nadgorliwego Boone'a. Nie chcę jednak w tym miejscu skupiać się na postaciach. Jeszcze nie. Szybko okazuje się że prawdziwym  bohaterem serialu jest... wyspa. Już pierwszej nocy, kiedy rozbitkowie zasiadają przy ogniskach, z dżungli dochodzi gargantuiczny ryk. Ta przywodzącą na myśl Zaginiony świat manifestacja potencjonalnego monstrum, to z jednej strony przyjemnie zaskakująca odskocznia od wczesniejszego realizmu serialu; z drugiej natomiast ukłon w stronę schematów bezpretensjonalnego kina przygodowego w stylu Jurassic Park bądź King Konga.

Podsumowując pierwszy epizod napiszę tylko, że właśnie to odwołanie do prostej przygodówki i kolejne systematyczne dystansowanie się od niej na rzecz s-f okazało się chyba największym suspensem serialu. Początek historii, mimo że przepełniony grozą, tajemnicą i silnymi emocjami nie wychodzi poza pewne znane i akceptowane standardy telewizyjnej rozrywki. I tylko mocne zakończenie pierwszego odcinka (wędrówka trójki bohaterów do kokpitu, odnalezienie  kapitana samolotu i zdobycie informacji o tym, że samolot zmienił kurs  o setki mil i nikt nie wie, gdzie szukać rozbitków, a także powtórna, o wiele bardziej brutalna, materializacja "potwora") zaostrza apetyt na więcej.

 

Ciąg Dalszy Nastąpi ...

środa, 23 czerwca 2010
Biały jest nowym czarnym

Jak być może juz się zorientowaliście na Horror Story zaszły pewne niewielkie zmiany.

Skórka nowa jest prezentem urodzinowym od Asfaltowej dziewczynki. Urodziny były dawno temu. Niestety. :( Ale Asfaltowa wielkie dzięki! :-) Wyszło świetnie.


Muszę się z tej okazji trochę powywewnętrzniać. A główna myśl będzie taka, że miałem już serdecznie dość tej przywodzące na myśl emo-blogaski czarnej stylistyki. Oczywiście Czarny Horror Story poprowadził mnie poprzez szereg ciekawych lat. Jak każdy bloger, tak i ja potrzebuję czasami zmiany. Stąd zmiana dość radykalna, wierzę jednak, że przypadnie Wam do gustu. nie ma się bowiem co oszukiwać klimatyczność i nastrojowość czerni jest przereklamowana, a na białym generalnie łatwiej się czyta.

(Starą skórkę zresztą pewnie udostępnie do ściągnięcia, tak jak trzy wczesniejsze)

 

Stary blog, czyli - mówiąc po ludzku - stare notki wymagają poprawy stylistycznej, zlikwidowania niewygodnego podziału na wstęp i treść. Czym bedę się przez najbliższe miesiące zajmował. Ponieważ jednak planuję rozpocząć WIELKI PROJEKT oglądania Lostów od początku i pisania recenzji z każdego odcinka, pewnie wszystkie poprawki bedą trwały dłuuugo.


Tym optymistycznym akcentem kończę. Mam nadzieję, że odmieniony Horror Story przypadnie Wam do gustu.

Pozdrawiam

 

PS

i jeszcze założyłem sobie fotoblogowy profil na soup. O taki

niedziela, 20 czerwca 2010
Wykreślone imię. Recenzja.

Druga odsłona mojej serii (Nie tylko Koralina) i kolejny horror dla dzieci i młodzieży. Tym razem znacznie bardziej na serio od napomkniętego Kręgu ciemności.

W powieści Wykreślone imię trochę dużo obyczajówki (zwłaszcza na początku) i przygodówki, ale można też się nieźle przestraszyć: są lalki, zdeformowane ptaki, nawiedzony dom i niebezpiecznie żywe odbicia w lustrach.

 


Fabuły nie mam ochoty streszczać, ponieważ mieści się w znanym dobrze schemacie horroru, tym razem skrzyżowanym z lit. młodzieżową. Nowy dom, nowa przestrzeń, konfrontacje z rówieśnikami i problemy z rodzicami. Po szczegóły odsyłam do wpisu Asfaltowej dziewczynki o tutaj.

Ja tymczasem  zapraszam dalej, aby dokładniej przyjrzeć się horrorowym atrybutom powieści.

Autorka tego czytadła dla bachorów popisała się rewelacyjną wyobraźną na poziomie zawiązywania intrygi i kreacji fantastycznych, budzących grozę i niepokój, bohaterów.


Bohaterowie:


1. LALKA Dalila i jej trutnie

Bez dwóch zdań najbardziej przerażająca figura w całej książce i prawdziwy dowód na to, że motywu LALKI w horrorze nie da się wyeksploatować. Nie będę zbyt wylewny w opisywaniu zdarzeń, bo - jeżeli miałoby Wam to popsuć frajdę z czytania - naprawdę byłoby szkoda. Zwłaszcza, że pokaźny ładunek starej dobrej "gotyckości" robi przyjemne wrażenie.

Z drugiej strony trzeba zaznaczyć, że Lassiter nie tworzy postaci LALKI i sytuacji z nią związanych orygilnalnie. Robi to jednak szczególnie umiejętnie. Schemat okazuje się wystarczający w związku z czym (to się odnosi generalnie do całej powieści) nawet jeżeli czytamy, to co już dobrze znamy, to w wersji Lassiter mamy ochotę czytać to jeszcze raz. Szkoda jedynie, że pisarka nie do końca wykorzystała potencjał, jaki istniał w historii i postaciach. Tak umiejętnie budowane akcesoria grozy i nastrojowości, bez najmniejszego zawahania Lassiter. zrzuciła z piedestału, kiedy tylko jej na to przyszła ochota, nie zwracając uwagi, że pozostał jeszcze ogrom zdarzeń do opowiedzenia i sytuacji do wyjaśnienia. Kilka genialnych fresków napęczniałych fantastycznością, pomimo początkowych sugestii, że będą czymś więcej, pozostało jedynie eleganckim tłem. Te niewykorzystane możliwości bolą najbardziej.


[Fragment]

Tylko ostatnie największe pudełko zostało obwiązane sznurkiem. Ktokolwiek to zrobił, zużył chyba kilometr sznurka, oplatając nim pudełko ze wszystkich stron i wiążąc w najbardziej skomplikowane węzły (...) Na pudełku widniał napis "DALILA I JEJ TRUTNIE" (...) Nagie, pozbawione twarzy i włosów lalki leżały na stosie niczym ciała w masowym grobie. (...) Między nagimi, pozbawionymi oczu lalkami znajdowało się coś jeszcze - coś, co mogło być jedynie Dalilą. (s. 44)

 

Czytając Wykreślone imię nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że w powieści wykorzystany został pomysł na takie budowanie grozy, które polega na patologicznym mieszaniu elementów ludzkich z mechanicznymi i zwierzęcymi. Stąd tak silna analogia pomiędzy bohaterami książki, a mieszkańcami Silent Hill z ich defragmentyzacją, radykalną redukcją osobowości i ograniczeniami powodowanymi zamknięciem w ułomnej strukturze "czegoś". Chyba najbardziej zjawiskowo widać, to przy okazji trutniów, lalek pozbawionych twarzy, oczu i włosów, istniejących tylko po to, aby służyć swojej pani. Tutaj też, podobnie jak w Silent Hill, została przedstawiona struktura społeczna, oparta na relacji  pan-niewolnik, bezwolna grupa ułomniejszych istot ulega  "bardziej zaawansowanemu" technicznie i mentalnie przywódcy.

Ponieważ jednak Lassiter nie skupiała się na opisie tych zależności, a jedynie je  sygnalizuje, jeszcze dobitniej przez to podkreśla  sztuczność, pustkę i totalność postaci i relacji pomiędzy nimi. Nie ma żadnych niuansów. Nie ma tożsamości. Nie ma szans na wyjście z systemu, w którym jest się (dosłownie) tylko lalką.

Groźbę takiego ulalkowienia (chociaż to ujęcie nie dotyczy tylko bohaterów-lalek Wykreślonego imienia) dobrze obrazuje odnaleziony przez dzieci dom lalek,  zbudowany jako idealna kopia domu, w którym zamieszkali wraz z rodzicami. Prowadzi to do poczucia bohaterów, że poruszają się właśnie nie po prawdziwym budynku, a jedynie po domu dla lalek. Sami w pewien sposób nimi się stają, będąc częścią niezrozumiałej gry, której zasady i realizację ustanawia ktoś inny. (Kto?)


2. KOLONIA Gawronów

 

[Fragment]

Wyjrzała przez szpary w zbudowanej z gałęzi klatce i zobaczyła Kolonię Gawronów krążącą nad ogromnym jeziorem. W pewnym momencie jedno z dzieci-ptaków przysiadło na pobliskim drzewie. Była to dziewczynka o brudnych rękach i nogach; jej nagie ciało pokrywało delikatne upierzenie z czarnego puchu, ze szczupłych ramion wyrastały szerokie skrzydła. Kłapnęła ustami, łapiąc robaka. Przechyliła głowe i go połknęła. (s. 268)


Kolonia Gawronów jest równie doskonale przedstawiona, jak Kolonia lalek. Chociaż niestety jest jej w powieści jeszcze mniej i pełni jeszcze bardziej dekoracyjną funkcję. Opisy Gawronów oniemiają widowiskowością czarnego karnawału i wykoślawionego obrazu ptaków-dzieci. Gawrony są jak tłum gapiów. Pojawiają się zawsze w chwili ważnych fabularnie zdarzeń. Posłuszne woli silniejszej istoty, bardziej niż lalki, są kwintesencją chaosu, jaki materializuje się w historii L.

W przeciwieństwie do lalek, które zawsze symbolizowały teatralność i poddaństwo, ptaki są symbolami wolności. Stąd okrutna przewrotność ze strony pisarki, która pozbawiło Gawrony-ludzi możliwości mowy i tożsamości innej od tożsamości zwierzęcia. W ten sposób możliwość latania jest jedynie pozorną rekompensatą (iluzją wyzwolenia) za brak świadomości i woli.

 

3. LIS

 

[Fragment]

- Nazywam się Lis. - Błysnął białymi zębami w grymasie, który nie przypominał jednak uśmiechu. - Chcę ci pomóc, jeżeli oczywiście mi na to pozwolisz. (s. 151)

 

4. LUSTRO i Szyba

Postacie Lustra i Szyby to dalszy element zabawy Lassiter z tematyką tożsamości i związanych z nią ograniczeniami jednostki. W pewien sposób łamie ona  w swojej książce pomysł Lacana na połączenie odbicia z autoidentyfikacją, czyniąc postacie mieszkające po drogiej stronie lustra, postaciami bez właściwości i sugerując, że tożsamość jest czymś płynnym, co można sobie wybrać. Jest to naturalnie sprzęgnięte z pedagogicznymi tematami Wykreślonego imienia. Chodzi o częste poczucie nieprzystosowanych nastolatków, którzy patrząc w lustro, nie utożsamiają się ze swoim odbiciem.

Lustro i Szyba to para mimów, klownów, mieszkających w pustym świecie po drugiej stronie luster i tafli wody. Podobnie, jak Lalki i Gawrony zazwyczaj aktywność mimów ogranicza się do obserwowania. Pełnią zatem funkcję zmaterializowanego efektu audytorium, wrażenia bycia obserwowanym. W takich sytuacjach widownia nie jest jednak przychylna, a jedynie czeka na pomyłki i gafy obserwowanego. Skoro świat zewnętrzny stoi w opozycji  do ich świata wewnętrznego, wszystko co nie pochodzi z wnętrza jest złe i nieprzychylne. Prawdziwe i dobre jest to, co nie na zewnątrz po obu stronach lustra, ale to co wykreowane we własnej świadomości. Stąd nieprzyjemności, jakie spotykają młodych bohaterów  ze strony mimów.

 

[Fragment]

(...) kiedy usiadł w boksie i odruchowo spojrzał na witrynę baru, ponownie poczuł jego ukłucie - w odbiciu boks zajmowały cztery osoby. Obok niego i Johna siedziała para mimów, prawie w ogóle niezniekształcona przez odbiecie w szkle okiennym. Gdy na nich popatrzył, wybuchli teatralnym, bezgłośnym śmiechem. [s. 131]



***


Książka Lassiter jest ciekawym eksperymentem w ramach lit. młodzieżowej. W kaftan horrorowej popkultury w wersji light ubiera ona bardziej lub mniej banalne probmemy związane z okresem dorastania: kłopoty z rodzeństwem, rodzicami, niska samooceną, outsiderstwo, brak silnej tożsamości.  Co ważne: wybrane wątki porusza i rozwiązuje w całkowicie pozbawiony taniego dydaktyzmu i moralizatorstwa sposób. Przyznaje, że są sytuacje bez happy endu. Zwłaszcza że dodatkowo porusza tematy rozbitych rodzin, chorób i śmierci rodziców czy  wreszcie wychowywania dzieci przez pary jednopłciowe.

Nie napiszę, że ta powieść jest arcydziełem, bo niestety zbyt wiele w niej przewidywalności, a co gorsza, zbyt nierówno zostały rozłożone poszczególne akcenty przez co naprawdę ciekawym zdarzeniom Lassiter poświęciła zbyt mało uwagi, podczas gdy konwencjonalne i dobrze znane sytuacje, zostały po raz kolejny opisane szczegółowo i dokładnie wyjaśnione. Autorka nie poradziła sobie  również z finalizacją wszystkich wątków, które pomimo ich bogactwa zamknęła na kilku stronach prostym, (w konfrontacji z treścią) nawet prostackim rozwiązaniem, parę spraw w ogóle pomijając.

Przyznam jednak, że byłoby nieuczciwie niedocenić jej pracy, bo Lassiter napisała naprawdę dobrą książkę. Nie tylko książkę dla dzieci, ale też niezły horror.

Polecam

 


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 29