|
Archiwum
Zakładki:
Spis treści
Blogi tematyczne
Tagi
AKCJA
|
sobota, 17 września 2011
Ostatni wpis
Ostatni wpis wygląda tak:
Ciąg dalszy Horror Story pod tym adresem:
http://rebornstory.blogspot.com/
No więc zapraszam na początek do wpisu sentymentalnego
niedziela, 04 września 2011
Bójcie się Ciemności
Tak, tak... jak się pewnie domyślacie, to jest recenzja nowego filmu markowanego nazwiskiem del Toro. Film tak naprawdę nazywa się Nie bój się ciemności, a właściwie Don't be afraid of the dark, a tytuł notki jest taką parafrazą, która ma jednoznacznie zaspojlerować główną tezę tego wpisu, a mianowicie: Ten film jest do bani. Nie oglądajcie! Nie wiem do końca, czy powinienem narzekać, bo ja zazwyczaj najbardziej boję się na słabych filmach, ale tym razem popaprane mankamenty mojej osobowości nie przyszły z pomocą twórcom filmu i nie napiszę o nim z fanowską miłością do gatunku, ale ze złością, bo podobał mi się zwiastun i nastawiłem się na coś odrobinę bardziej sensownego. Nie jakieś arcydzieło gatunku, ale takie zwyczajne, że ok.
Acha, SPOJLERY: A więc na końcu okazuje się, że Złym Wilkiem filmu są... chochliki (tak, tak, tak... chochliki...), które są brzydkie, wredne, boją się światła i żywią się ludzkimi kośćmi. Ale w 666 roku podpisały (!) pakt z papieżem na mocy którego ten nakazał im odżywiać się tylko zębami pozostawionymi im przez ludzi, dając im w zamian kawałek srebra. Czyli baśniogrodu ciąg dalszy. Na marginesie: wszelkie nawiązania do wróżki-zębuszki uważam za totalne dobijanie potencjału grozy w jakimkolwiek horrorze. Sama idea tej postaci wydaje mi się idiotyczna, a umieszczona dodatkowo w strukturze horroru, który, nie bójmy się tego powiedzieć, ma już sam w sobie spore dawki idiotyzmu, rozdyma bzdurność pewnych manier do rozmiarów gargantuicznych i zamienia całą opowieść w dziwaczną baśń w stylu młodzieżowych serii typu Gęsia skórka. Może nie powinienem się tak oburzać, bo przeciąganie baśniowych postaci na ciemną stronę mocy ma długą i bogatą tradycję w historii horroru, ale tym razem ktoś nie miał ewidentnie pomysłu na to, jak to opowiedzieć. Otrzymujemy więc w zależności od interepetacji: albo zdecydowanie zbyt brutalną i mroczną bajkę dla zdezorientowanych dzieci, albo zinfatylizowany horror dla zdezorientowanych dorosłych. W efekcie nikt nie jest zadowolony. Dzieci, bo za straszne - dorośli, bo za głupie. To, co ja Wam streściłem w akapicie wyżej, to jest ta wielka tajemnica filmu, którą bohaterowie odkrywają przez cały seans (Tak, tak... jest scena ze starymi księgami w bibliotece i mądrym panem, który przypadkiem wszystko wie na ten temat i tylko czeka całe życie, aż przyjdzie do niego wypindrzona Katie Holmes i powie: Helloł, a czy pan coś wie o tym malowniczym domu, w którym mieszkam wraz z rodziną). Skoro jednak główny spojler mamy już za sobą, to zerknijmy teraz na to o co w samym filmie chodzi. A w filmie banał goni banał, ale to nic, bo ja takie banały w horrorach nawet lubię. Stary dom, samotne dziecko niezauważone przez rodziców, makabryczne historie z przeszłości i ukrywająca się w ciemnościach Krwiożercza Tajemnica. Tak więc schematy nie są złe, jeżeli się je ładnie opowie. W tym przypadku jednak najgorsze było to, że (a) bardzo szybko się okazało, że na dobrą sprawę nie ma się czego bać, (b) główna bohaterka - mała sukowata dziewczynka - zachowywała się tak spektakularnie nieprawdopodobnie, że właściwie trudno było uwierzyć w całą historię. Z pozostałymi bohaterami nie jest inaczej. Chociaż, chociaż muszę napisać, że gdyby Katie Holmes zagrała tak fajnie w Batmanie Nolana, jak w tym filmie, to bym ją znacznie bardziej lubił. Pomimo mojego wcześniejszego wyzłośliwiania się jej rola była największym jedynym atutem tego filmu. W postaci granej przez Katie Holmes chodziło o to, że córka jej nowego faceta, nie ma najmniejszej ochoty jej zaakceptować i pomimo całej empatii i zrozumienia dla pasierbicy, Katie Holmes nie potrafi sobie poradzić z całą sytuacją i straszliwie się miota. Tylko że jest jeszcze druga strona medalu w tej historii. No bo obczajcie to: Jesteście sobie małą, słodką dziewczynką, wychowywaną przez może nieco zaborczą, ale kochającą matkę, która (!) ni z tego ni z owego wysyła Was do ojca i jego nowej dziewczyny. Ta sama nadopiekuńcza matka przestaje się do Was z dnia na dzień odzywać i interesować tym, co się u Was dzieje. Jak się w końcu do niej dodzwonicie, to ona powie, że nie może rozmawiać, bo ma gości. Bzdura? No bzdura straszna. Kto w to uwierzy! Albo się jest zaborczą matką, albo się nią nie jest. No więc, jesteście sobie tą małą dziewczynką, przyjeżdżacie do wielkiego, tak neogotycko przegiętego domu, że aż trudno nie wybuchnąć kpiącym śmiechem na sam jego widok, którym właśnie zajmują się Was rodzice-architekci i... zaczynacie się śmiertelnie nudzić. Z zabawek dostaliście jedną lalkę i jednego misia. W nocy słyszycie dziwne wołanie z ciemności, więc... odnajdujecie tajemniczy pokój na dole, a tam czarną dziurę, prowadzącą w otchłań. Z dziury dochodzi Was jeszcze bardziej niezachęcające wołanie. Okrzyki w stylu: Uwolnij nas... jesteśmy twoimi przyjaciółmi... jesteśmy głodne... No i co robicie. Oczywiście wbrew woli opiekunów i z sobie samej nawet nie znanych powodów otwieracie tę dziurę, wkładacie do środka głowę, wołacie: hop, hop, jest tak kto? A potem wyciągacie, zostawione tam nie wiadomo przez kogo i nie wiadomo kiedy, okrwawione zęby i zabieracie je ze sobą do łóżka. Idiotyczność takiej postawy przebija nawet słynną scenę z Labiryntu Fauna, w której Ofelia otrzymuje jedną istotną instrukcję - nic nie jeść, bo inaczej przebudzisz potwora - a następnie ją łamie. O ile jednak w przypadku Labirytnu Fauna mieliśmy do czynienia z baśniową logiką i pewne uproszczenia były do zaakceptowania, o tyle tym razem mamy do czynienia z horrorem i jeżeli chcemy aby nasza kilkuletnia bohaterka zeszła do piwnicy i włożyła głowę do ciemnej studni z której dochodzą tajemnicze odgłosy, to trzeba to dobrze umotywować, bo inaczej wychodzi jakiś filmowy bełkot. I żebyście nie byli zaskoczeni, w tym filmie z akcji jest mniej więcej tyle. Plus bieganie po ogrodzie, jedna kąpiel w wannie i kłótnia z ojcem. Poza tym nic się nie dzieje. Na zakończenie muszę nadmienić, że nie jestem jakimś wielkim fanem del Toro i z wszystkich jego filmów za najlepsze uważam Hellboye. Natomiast jego wyczyny producenckie, raczej nie dodają mu chwały. Więc w moim przypadku nie było to rozczarowanie w stylu: o fajnie, del Toro, to będzie na pewno super film, bo to jest prawdziwy wizjoner kina i do tego taki anty-systemowy! Moje rozczarowanie jest raczej wynikiem obejrzenia naprawdę słabego filmu, ze słabą fabułą, słabymi bohaterami, słabą intrygą i słabym potworem. I słabym domem. Ten dom: taki kiczowaty przepych. Ale nie taki fajny kiczowaty przepych, ale taki słaby kiczowaty przepych, który dodatkowo chce, żeby go traktować na serio, jest chyba ostatecznym dowodem na to, że del Toro jako wizjoner i kreator ciekawych fantastycznych przestrzeni się skończył, albo przynajmniej zrobił sobie dłuższą przerwę.
(poster: filmweb)
środa, 31 sierpnia 2011
sierpniowy karnawał blogowy
Jak zaczynałem ten cykl, nie wiedziałem, że jestem taki sprytny, że pewnego dnia terminy moich karnawałów pokryją się z dniem bloga, który ktoś kiedyś wybrał na ostatni dzień sierpnia. Czyli dziś. A jednak tak szczęśliwie wyszło. W związku z tym informuję, że zasłużyłem na nagrodę i możecie mi polać. ;-) Dzisiaj kolejna lista interesujących blogowych wpisów plus minus opublikowanych w sierpniu. Wyjątkiem będą linki, które do tej pory mogliście znaleźć na stronie Horror Story, na której polecałem cudze teksty. W związku jednak z istnieniem Karnawału blogowego, tamta strona poniekąd traci rację bytu. W związku z tym tamte linki zostaną dołączone do tych linków. Nie na raz, ale po trochu. A teraz Ad rem, czyli:
Czwarty (sierpniowy) karnawał blogowy na Horror Story
1. Dwie Poważne Damy - Jan Tomasz Gross (współpraca Irena Grudzińska-Gross), "Złote żniwa. Rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów". To jest bardzo dobry i bardzo merytoryczny wpis autorstwa Sławomiry Raczyńskiej opublikowany jeszcze pod koniec lipca. Jeden z najlepszych tekstów krytycznych, jakie czytałem ostatnimi czasy. No i pełen szacun dla autorki za rewelacyjną analogię do Svena Lindqvista i jego książki Terra Nullius. Koniecznie musicie to przeczytać.
2. Fangirls' Guide to the Galaxy - Pozdrowienia z planety pedałów To jest strasznie nie fair, bo Cyd swoją recenzją tej książki wprawiła mnie w permanentne wyrzuty sumienia, że ja zamiast czytać cokolwiek innego nie czytam TEGO, bo geje, s-f i porządna intryga to teoretycznie, to co wydaje się być napisane special for me. Jeszcze tylko niechby był potwór w stylu Aliena... A ja tutaj zamiast tego czytam Krakena, który notabene jak na razie jest niezły, ale szału nie ma. W każdym razie, Cyd, dzięki Ci za ten wpis, bo jest on doskonałym przykładem na to, dlaczego uważam, że nie warto czytać prasy, ani regularnych portali internetowych, ale natomiast dlaczego uważam, że koniecznie należy czytać blogi.
3. Niecodziennik literacki - Ach strach Teraz przypomnijmy sobie, dlaczego mój blog nosi nazwę Horror Story. Nosi on taką nazwę, bo jego autor interesuje się horrorami (najbardziej), więc tego typu wpisy też go bardzo interesują. A skoro czytacie tego bloga, to chcąc nie chcąc, nie macie wyjścia, też się takimi wpisami interesować musicie ;-) Bardzo zgrabne podsumowanie antologii poświęconej japońskim opowieściom niesamowitym. Kaidan.
4. Mistycyzm Popkulturowy - Pompa i smoki Zdradzę Wam w tajemnicy, że w katakumbach tego bloga spoczywa sobie mega-długaśna notka o sadze Martina. Być może kiedyś dojrzeje, żeby ją dokończyć i opublikować, a na razie polecam Wam wpis na blogu Mistycyzm popkulturowy, który doskonale przedstawia i mój punkt widzenia w kwestii najbardziej palących wad całego cyklu. I świetna uwaga o samczo-bucowatej pompie i pseudorycerskim etosie, który wylewał się z ekranu (mniej mi przeszkadzał w książce, ale tam też był) i spowodował, że dopiero pod koniec 1 sezonu, powolutku zacząłem się przekonywać do ekranizacji.
5. Kolorowe Zeszyty - Batman: Sanctum Teraz czas na Batmana. Uroczy i niedługi wpis, który tak cudownie egzemplifikuje, to co wszyscy doskonale znamy, czyli bycie nerdem. Bardzo Wam polecam ten wpis, nawet jeżeli nie lubicie komiksów, ani nie lubicie batmana, bo ten wpis jest taki cudownie życiowy.
6. Czarny kot w kinie - Mad Max 2 A teraz obiecany wpis z przeszłości z nieaktualizowanego już dawno bloga filmowego. Do tego wpis o mojej ukochanej serii z dzieciństwa. Kapitalne rozliczenie się z najlepszą częścią kultowej postapokaliptycznej sagi, kiedy jeszcze wszyscy myśleli, że Mel Gibson to równy gość.
7. Net is Nerdy - Stary, dobry, dziwny Zachód Jedyna dobrą rzeczą w filmie Kowboje kontra obcy był fakt, że sprowokował M.Bizzare do napisania notki o fantastycznych wariacjach na temat dzikiego Zachodu. To po prostu trzeba przeczytać.
8. Ziołowy zakątek - Tart and sweet A teraz dla odmiany znowu o książce. W cyklu: Jak przygotować się na atak zombie. Trzeba robić przetwory. A ja uwielbiam robić przetwory (Taki mały nietematyczny news na mój temat) i uwielbiam czytać jak inni je robią. Czyli: nie wszystkie blogi kulinarne, to samo zło. ;-)
wtorek, 30 sierpnia 2011
Wyniki konkursu
krótko, bo miały być dwa dni temu, ale jakoś nie miałem sił na sprawy blogowe. A więc muszę napisać (podsumowując akcję), że straszne z Was zoile, boście pisali głównie o szmirach. Czyli wychodzi na to, że przeciętny bloger woli pisać o słabych książkach, niż o książkach dobrych. I się nad nimi znęcać. Zresztą nie ma się co dziwić, ja też bym tak zrobił (A ochotę mam ogromną, więc mam nadzieję, że za jakiś czas, ktoś urządzi na swoim blogu podobny konkurs) (nawet bez nagród ;)) A więc wybrałem te recenzje, do autorów których polecą książki: dla Quentina za W pustyni krew puszcza - miejsce pierwsze: Co to są sepulki? Wszystko o Lemie dla Net is Nerdy za Syn tej ziemi - drugie miejsce: Biała wiedźma i dla Charliego Bibliotekarza za To nie jest historia dla dobrych panien - miejsce trzecie: : Decathexis
Wszystkim pozostały strasznie dziękuję za udział. W sumie wyszło naprawdę super. Chyba wszyscy się dobrze bawili. Wygrani mogą podać mi swoje adresy do wysłania książek na adres: cedroo@gazeta.pl
The End
piątek, 26 sierpnia 2011
Książki, które warto przeczytać - lista (2) na jesień
Jak się tak zastanowić, to o wiele lepiej, niż samo czytanie, wychodzi mi planowanie tego, co mam zamiar przeczytać. Gromadzenie tytułów w jednym ciągu, a potem zapominanie o liście i czytanie czegoś zupełnie innego. Czego efektem jest moja aktualna lektura biografii Kapuścińskiego, która notabene jest w dechę. Ostatnią taką listę książek robiłem prawie pół roku temu, na początku kwietnia i muszę przyznać, że nawet w najśmielszych snach nie przypuszczałem, że aż tyle tytułów z moich czytelniczych planów doczeka się realizacji. W związku z tym czas na ciąg dalszy. Ale najpierw małe podsumowanie mojego (z grubsza) niehorrorowego czytania. Zacznijmy od Martina, którego Grę o tron nie tylko przeczytałem, ale przeczytałem też wszystkie pozostałe wydane w Polsce tomy serii plus parę rozdziałów fanowskiego tłumaczenia A Dance with Dragons (Dzięki Bogu, wracają: Deanerys i Tyrion), pokochałem tę sagę miłością fana i zaraziłem do tego moją mamę (której nie musiałem długo namawiać, bo ona lubi fantastykę). Tak więc Martin był z cała pewnością wielkim odkryciem wiosennej listy. Dalej: Bacigalupi. Bacigalupi to dla mnie jedna wielka zagadka. Po tych wszystkich ochach i achach, jakie przetoczyły się przez Internet przy okazji polskiej premiery jego książek, spodziewałem się jakiegoś objawienia. Natomiast zaserwowano mi zestaw niezwykle atrakcyjnych wizualnie i konceptualnie światów, ale też i zestaw zupełnie przeciętnych fabuł, intryg i nudnych psychologicznie bohaterów. Zastanawiałem się nawet, czy nie napisać o Pompie nr 6 oddzielnej notki, jako swoistego horroru s-f. Autor robi, co tylko może aby opowiadania były jak najbardziej wstrząsające i brutalne, i trzeba przyznać, że z pewnością najsprawniej wychodzi mu właśnie tworzenie chorych i obrzydliwych zwyczajów i społeczeństw. Ostatecznie jednak wycofałem się z tego pomysłu. Najbardziej w jego opowiadaniach przeszkadzało mi, że za barokowymi pomysłami na okrutny, postapokaliptyczny świat przyszłości nie idą w parze dobre i niebanalne historie o jego mieszkańcach. Jeśli wykasować z opowiadań całe to barwne tło, okazuje się, że suspens i intryga to w ich przypadku towar deficytowy. Zwłaszcza, że im dłużej się nad Pompą nr 6 zastanawiam, tym bardziej dojrzewa we mnie przekonanie, że we wszystkich tych szokujących pomysłach ukryta jest jakaś popkulturowa taniocha, proste manipulowanie czytelnikiem, a co za tym idzie swoista szmirowatość. Tyle: Bacigalupi. Kate Elliot i jej Królewski Smok okazali się największym rozczarowaniem. W powieści Elliot nie było niczego na co liczyłem. Zero dobrego fantasy, zero dobrej powieści historycznej, zero ciekawych postaci i całkowite zero intryg. Książki nie doczytałem do końca. Szkoda, bo pomysł na alternatywną, magiczną średniowieczną Europę chyba ma w sobie spory potencjał, ale w wykonaniu Elliot banał goni banał. Najwięksi nieprzeczytani, to bez wątpienia Blizna Mieville'a i ciąg dalszy Pana Norrella. Co do Dukaja i Huberatha, to biorąc pod uwagę rozmiary obydwu książek, chyba sam nawet nie wierzyłem, że je przeczytam. ;-) Ale kto wie. :-) Znowu wyszedł mi zbyt długi wstęp. Słowo honoru, że teraz będą głównie obrazki :-)
China Mieville: Kraken Tak naprawdę to właśnie widok tej książki, zmobilizował mnie do napisania nowej listy. Bo o Krakenie marzyłem już od dawna. Trochę szkoda, że nie będzie Nowego Crobuzon, ale za to będzie potwór morski :-) A ja UWIELBIAM potwory morskie!
"Kraken, najnowsza powieść Chiny Miéville’a, to jedna z najdziwniejszych, najzabawniejszych i najbardziej mrożących krew w żyłach książek, jakie można przeczytać zarówno w tym, jak również w dowolnym innym roku. Autor uchyla drzwi do Londynu, jakiego nie widuje się codziennie: to niezwykła metropolia, poruszana odwiecznymi prądami mitów i magii, miejsce, gdzie przestępcy, policjanci, kultyści i magowie uwikłani są w bezwzględną wojnę, która może wywołać - lub zatrzymać – ostateczny koniec. Głęboko w skrzydle badawczym Muzeum Historii Naturalnej znajduje się bezcenny eksponat - jeden z tych, które trafiają się badaczom rzadziej niż raz na pokolenie - idealnie zachowana kałamarnica olbrzymia. Co może oznaczać nagłe, tajemnicze zniknięcie tego okazu?"
Marcin Szczygielski: Czarny młym Czarny młyn to jest jedna z książek z cyklu: kupuję książkę mojej młodszej siostrze, ale tak naprawdę robię to tylko po to, aby móc ją wcześniej samemu przeczytać. Taki los wcześniej spotkał Momo i Niekończącą się historię i wiem-już-od-alex-że-to-nie-jest-książka-dla-dzieci i połowę Serii Niefortunnych Zdarzeń (bo mniej więcej w połowie znudziła się i mi, i mojej siostrze). Teraz przyszedł czas na Czarny młyn Szczygielskiego. II miejsce w konkursie Literackim im Astrid Lindgren i fajowa okładka.
"Ta doskonała, zakrawająca o horror, mroczna powieść trzyma w napięciu już od pierwszych zdań. Wszystko dzieje się w małej, zaniedbanej wiosce, w której zostało już tylko kilka upadających gospodarstw. Niczego się tu nie uprawia ani nie hoduje zwierząt, bo z niewiadomych przyczyn nic nie chce tu rosnąć. Wokół wyrastają jedynie słupy wysokiego napięcia, a w tle straszą ruiny kombinatu dawnej spółdzielni rolniczej. To ponure, nieprzyjazne miejsce, skąd wszędzie jest za daleko i gdzie nawet nie odbiera telewizja – to cały świat jedenastoletniego Iwo i grupki jego przyjaciół."
Howard Cruse: Stuck Rubber Baby To jest pierwszy z dwóch komiksów, jakie znajdą się w tym zestawieniu, bo ja mam teraz ogromną fazę na komiksy. Także te ambitne i 'o zgrozo' nie o superbohaterach.
"Powieść graficzna autorstwa Howarda Cruse'a po raz pierwszy ukazała się w 1995 roku. Jej fabuła (fikcyjna, acz oparta na autobiografii Cruse'a) opowiada o walce o równouprawnienie homoseksualistów i czarnoskórych Amerykanów jaka toczyła się w Stanach Zjednoczonych w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Tworzony przez pięć lat komiks, okazał się olbrzymim artystycznym sukcesem i dziś uznawany jest za jedno z wielkich arcydzieł medium komiksowego. Głównym bohaterem opowieści jest Toland Polk, młody biały mężczyzna odkrywający swoje homoseksualne skłonności, który by zaakceptować siebie musi przełamać własną nietolerancję".
Luca de Santis, Sara Colaone: We Włoszech wszyscy są mężczyznami Znowu geje i znowu komiks i znowu raczej ambitniej, niż popkulturowo. Tym razem o temacie całkowicie w Polsce przemilczanym, a mianowicie o represjach, jakie spotkały przedstawicieli mniejszości seksualnych w czasach faszyzmu. Ciekawy jestem mojego odbioru takiego poważnego, w sensie: niefantastycznego, komiksu.
"Oparty na prawdziwych wydarzeniach komiks opowiada o wygnaniu gejów z faszystowskich Włoch, a w szczególności skupiający się na grupie mężczyzn osadzonych na wyspie San Domino w archipelagu Tremiti, w ostatnich latach zesłania (1939 / 40). We Włoszech dzieło to uznawane jest za jeden z najważniejszych przykładów włoskiego komiksu dotyczącego tematyki historycznej".
Michael Chabon: Związek żydowskich policjantów Ta książka chodzi za mną od czasu bardzo pozytywnej recenzji Ninedin na jej blogu. I od czasu kiedy zdałem sobie sprawę, że ten Micheal Chabon to ten Michael Chabon od Cudownych chłopców. Nr. 1 na tej liście.
"Żydowscy wygnańcy z Europy ogarniętej II wojną światową osiedlili się na Alasce. W 1948 r. dołączyli do nich Żydzi, którzy przegrali walkę o Erec Israel i zostali wyrzuceni z Palestyny. Amerykański Kongres przyznał jednak Żydom prawa do Kolonii Sitka jedynie na 60 lat, który to termin właśnie upływa i niebawem alaskańscy Żydzi znów staną się bezdomni. Niektórzy policjanci być może zachowają swoje miejsca pracy, pod warunkiem, że nie będą się zbytnio przejmować swoją pracą. Na przykład tragicznie zmarłym Emanuelem Laskerem, który był wprawdzie genialnym szachistą, ale nie tym, który urodził się w 1868 r. Uparty Lansman podąża tropem fałszywego Laskera, a przy okazji także śladami starszego kolegi po fachu, Philipa Marlowe’a. Pije, pali, obrywa i filozofuje jak on; szachów wprawdzie nienawidzi, ale nienawiścią bardzo zbliżoną do miłości".
Carlos Fuentes: Terra Nostra Po ostatnim moim odświeżeniu sobie Stu lat samotności, nabrałem ochotę na jeszcze jedną sagę w klimatach realizmu magicznego. Podobno Terra Nostra jest na to odpowiedzią. Chociaż te trzy grube tomy trochę mnie przerażają. A zatem: znowu ambitnie.
"Terra Nostra uchodzi za najambitniejsze dzieło w dorobku Carlosa Fuentesa. Monumentalna powieść jest literacką wariacją na temat historii Hiszpanii, zwłaszcza okresu bezpośrednio poprzedzającego odkrycie Ameryki. Narracja jednak nie stoi w miejscu, cofa się do czasów rzymskich i wybiega daleko w przyszłość – jak w katastroficznej wizji Paryża końca drugiego tysiąclecia. W ujęciu Fuentesa Hiszpania zmarnowała historyczną szansę na stworzenie w pełni własnej kultury, najpierw wypędzając z Półwyspu Iberyjskiego Arabów i Żydów, potem brutalnie ingerując w życie Indian na podbijanych terenach Ameryki Południowej. Niektóre fragmenty dzieła pozostają pod wpływem malarstwa Hieronima Bosha".
G.R.R. Martin: Rockowy Armagedon Martina w tym zestawieniu nie mogło zabraknąć. To z całą pewnością nie będzie ambitna proza.
"W tej książce George R. R. Martin stworzył mrożącą krew w żyłach opowieść o morderstwach, szaleństwie i rewolucji, zdumiewający thriller o latach sześćdziesiątych i osiemdziesiątych, a także o siłach, które nadały kształt pokoleniu - pokoju, miłości i rock and rollu. Sandy Blair był w latach sześćdziesiątych cenionym undergroundowym dziennikarzem, a obecnie stał się znanym powieściopisarzem. Ma piękny sportowy samochód, żyje z przebojową businesswoman i jest właścicielem połowy domu w Nowym Jorku. Mimo to nie czuje się szczęśliwy. Ugrzązł na trzydziestej siódmej stronie swej czwartej powieści, agent grozi mu, że zerwie z nim stosunki, jego przyjaciółka robi to samo i nie opuszcza go poczucie, że jego najlepsze lata nieodwracalnie minęły".
Nick Stone: Król mieczy Teraz o książce, którą bardzo bym chciał przeczytać, ale pewnie której nie przeczytam. Król mieczy to kryminał, ciąg dalszy Pana Klarneta, którego kiedyś, ku mojemu własnemu zdziwieniu, przeczytałem. Pomimo iście larssonowskich rozmiarów. I wiecie co? Podobało mi się nieziemsko. Teraz mam okropną ochotę przeczytać Króla Mieczy, ale patrząc realnie nie jestem pewien, czy będzie mi dane. Pana Klarneta czytałem chyba z dwa miesiące. Przy Królu mieczy bym się pewnie podobnie zabunkrował. Chociaż z drugiej strony, lata 80', odbrązowiona Ameryka i voodoo....
"Max Mingus i Joe Liston, dwaj detektywi Oddziału Specjalnego Policji w Miami prowadzą rutynowe śledztwo w sprawie ciała odnalezionego w ogrodzie zoologicznym Primate Park. Gdy znajdują w żołądku mężczyzny na wpół strawioną kartę tarota przedstawiająca króla mieczy, a wkrótce potem odkrywają, że cała rodzina ofiary została brutalnie zamordowana, śledczy zdają sobie sprawę z potęgi wroga, z którym przyjdzie im się zmierzyć."
niedziela, 21 sierpnia 2011
Geneza planety małp - recenzja
Chyba bym sobie nie wybaczył, gdybym nie napisał o tym filmie. Geneza planety małp okazała się całkowitym objawieniem i ku pełnemu zdziwieniu muszę wycofać się z mojego stwierdzenia o Super 8 jako najlepszym filmie s-f tych wakacji. Najlepszym filmem s-f tych wakacji jest Geneza planety małp.
Nie wiem, czy mogę określić siebie jako fana serii. Dawno temu prawidłowo odebrałem Planetę małp z 1968, to znaczy oglądałem film z umiarkowanym zainteresowaniem, aż do finału, kiedy to zostałem zmieciony z powierzchni ziemi genialnym zwrotem akcji. Następnie obejrzałem W podziemiach..., która to, pomimo ewidentnych słabości, jednak przypadła mi do gustu. Głównie z powodu bardzo mrocznej i psychodelicznej, chociaż średnio sensownej, obecności tajemniczych mieszkańców podziemi. Późniejsze: Ucieczka... i Podbój... sprawiły, że rozstałem się z serią na dobre, uznając, że całemu universum bliżej jednak do kiczu niż dobrego s-f. Chociaż właściwie jedno drugiego nie wyklucza ;-) Dlatego, gdy do kin wkroczył Burton ze swoim remakiem pierwszej części, w najmniejszym nawet stopniu nie poczułem się zainteresowany. A jednak, kiedy w końcu go obejrzałem, znowu w jakiś sposób odżyła ta sama magia, jaką zapamiętałem z oryginału. (Jestem jednym z tych, którzy nie rozumieją powszechnego narzekania na remake Burtona. Dla mnie to jeden z najlepszych remaków w historii i w ogóle jeden z najlepszych filmów tego reżysera. Uwielbiam charakteryzację i scenografię tego filmu, a z końcowym twistem fabularnym nie mam najmniejszych problemów). W końcu przyszedł czas na Genezę planety małp. Byłem dosyć sceptyczny, bo zwiastun nie zapowiadał nic interesującego, ale ostatecznie przekonał mnie fakt, że Geneza... jest swoistym rebootem, prequelem serii. Potencjalnie ma otwierać nową sagę o planecie małp. Tym razem bez sławnego finalnego suspensu, który stał się jednym z filarów s-f i suspensem już właściwie nie jest, ale punktem wyjścia. Taki galimatias i komplikacje w universum to jest to, co ja uwielbiam w popkukturze najbardziej. Przypominają, że pewne historie opowiadane przez popkulturę nie są z kamienia i idealnie nadają się do ciągłych dopowiedzeń i reinterpretacji, czyniąc całość jeszcze bardziej interesującym zjawiskiem kulturowym.
Pozwoliłem się zatem przekonać sentymentowi do protoplasty cyklu i własnemu zamiłowaniu do filmów w stylu monster movie i animal attack. Jak się jednak okazało oczekiwanie od Genezy planety małp jakichkolwiek związków z tymi gatunkami filmowymi dowodzi mojej przeogromnej naiwności. Geneza... nie jest ani jednym, ani drugim. Mamy oczywiście eksperymenty naukowe, które prowadzą do powstania "nowego" gatunku małp, będącego zagrożeniem dla człowieka, i ostatecznie do militarnej konfrontacji. W gruncie rzeczy jednak małpy nie są przedstawiane jako potwory i ich niszczycielski potencjał nie ma nic wspólnego ze złowrogą siłą monstrualnych bestii. Walczą z człowiekiem, ale nie dlatego, że chcą, tylko dlatego, że muszą. I nie po to, aby go pokonać, ale aby się od niego uwolnić. Filmowi bliżej już do animal attack, ale też niewiele bliżej. A jeżeli, to jedynie w drugiej części filmu, choć i w tym przypadku bardziej chodzi o epickość i tragizm przedstawianych wydarzeń, niż jakiekolwiek straszenie agresywnymi zwierzętami. Zwłaszcza, że w tym miejscu historii małpy nie są już jedynie dzikimi zwierzętami, a równoprawnymi... bzdura... pierwszoplanowymi bohaterami opowieści o wyzwoleniu z niewoli. To właśnie małpom, a nie ludziom kibicujemy, jeżeli nie od początku (scena polowania na zwierzęta w dżungli), to od połowy filmu (moment w którym Cezar trafia do "więzienia" dla małp). Zwłaszcza, kiedy ludzcy bohaterowie (dr. Rodman, jego dziewczyna i jego ojciec) schodzą na dalszy plan, a ich wcześniejsza aktywność kończy się spektakularnymi porażkami. W samych perypetiach Cezara zresztą najważniejszy jest ładunek melodramatyczny, czyli chwytająca za serce opowieść o niehumanitarnym i nieodpowiedzialnym traktowaniu zwierząt przez ludzi. Ale też opowieść o samotności, braku zrozumienia i niemożności znalezienia dla siebie miejsca w otaczającym, obcym świecie. Twórcy bardzo zgrabnie rozdali te wszystkie pruszające karty: tęsknotę za wolnością, głód wiedzy, niezrozumienie, tortury i przerażającą samotność, związaną z porzuceniem przez bliskich. Wszystko to plus udane efekty specjalne i naprawdę spektakularny, sensacyjny finał czynią z Genezy planety małp genialne filmidło z zacnym ekologicznym przesłaniem. Co prawda ekologiczne przesłania często są nudne, ale tym razem na szczęście (ufff...) udało się twórcom uciec od zbytniej infantylizacji. Mamy więc eksperymenty na zwierzętach i bezduszne działanie jakiejś farmakologicznej mega-korporacji, czyli trzeba być bezdusznym ignorantem, żeby się nie wczuć w alterglobalistyczną i wyzwoleńczą walkę Cezara przeciwko władzy pieniądza i powszechnemu cynizmowi. Można by przyczepić się do pewnych mielizn scenariuszowych i dziwacznie uproszczonych portretów bohaterów. Zwłaszcza na początku filmu. Ale ponieważ prawie przez cały czas trwania projekcji patrzyłem na ekran jak urzeczony, nie będę narzekał. Film pierwsza klasa. Wzrusza, bawi i poucza.
Ważne też, żeby odnotować te wszystkie smaczki dla fanów i odwołania do wcześniejszych (późniejszych?) części. Najważniejsza z nich to statek kosmiczny, który na chwilę przed rozpoczęciem małpiej rewolucją zniknął bez wieści, czyli w idealnym momencie, żeby całość sagi była spójna i logiczna. Ja zresztą byłem tak zajęty przeżywaniem dramatycznych losów Cezara, że na początku w ogóle nie załapałem, że ten statek kosmiczny to TEN statek kosmiczny i pomyślałem, że chodzi o to, żeby pokazać, jak daleko mogli zajść ludzie (eksploracja kosmosu) i jak nisko upadli (przez chciwość i skurwysyństwo) i jak marnie skończyli (pokonani przez małpy, zdegradowani w procesie ewolucji do zwierząt). A tutaj się okazało, że to miał być tylko smaczek dla fanów serii. ;-) Też fajnie. Koniecznie trzeba też nadmienić o zapadającej w pamięci roli Toma Feltona (Draco Malfoy) jako niegrzecznego chłopca, który stworzył chyba najciekawszą aktorską kreację w całym filmie. Przy jego ekspresji blaknie w zupełności główny, ludzki bohater James Franco jako dr Rodman. Wyjątkowo też przypadła mi do gustu Freida Pinto jako "piękna kobieta Rodmana". Co prawda tego typu kobiece postacie w roli ozdobników, uważam za okropny grzech popkultury, tym razem jednak odczytałem ją jako zabawne nawiązanie do wcześniejszych heroin z serii. Kobiety z Planety małp zazwyczaj otrzymywały role niemych ozdobników, co momentami zbliżało je niebezpiecznie w kierunku autoparodii (Podziemia planety małp - główna bohaterka przez cały czas zachowuje się, jak nierozgarnięta i upośledzona lalka Barbie). W tym przypadku postać Freidy została ciekawie skomplikowana ;-) jej odważnym zachowaniem w finale. Dobra, trochę się nabijam, ale byłem autentycznie zaskoczony. Mam szczerą szczerą nadzieję, że zrobią kontynuację, bo od czasu Genezy... Planeta małp stała się jednym z moich ulubionych cykli s-f. I chcę więcej. Polecam. |