interpretation is the only game in town

AKCJA

Blog > Komentarze do wpisu
"Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc..."

Wywołany (poproszony) przez Bizzare, zdecydowałem się podjąć wyzwania: wytypowania kliku najlepszych pozycji ze światowego lit. horroru (W wykonaniu wyszła bardzo amerykańska lista). Wyzwanie o tyle łatwe, że bez problemu mogę wymienić najbardziej ulubione przeze mnie tytuły i autorów; i o tyle trudne, że ciężko w takim zestawieniu o odkrywczość i oryginalność. Chociaż jest to pewnie kwestia oczytania :(


Będzie więc wybiórczo i chronologicznie:

 

 

 

1.  M. Lewis: MNICH


Ja wiem, że to powieść na swój sposób tandetna, jak opisywana przeze mnie nie tak dawno temu Saga o Ludziach Lodu. (Chociaż to porównanie kompletnie nie trafione w kontekście kompetencji pisarskich autorów) Wiem też, że książki - wbrew temu, co próbowali nam wmówić na lekcjach j. pol. - jednak się starzeją; ale jak tu nie kochać powieści, w której na ok. 500 stronach jest wszystko, co może się znaleźć w ogóle w horrorze: satanistyczne msze, gwałcone nieszczęśnice, tortury, (prawie, że Shillerowscy) zbójcy, diabły, posępne kazamaty, nieprzyjazne klasztory, oberże na pustkowiu, pułapki, seksualnie dwuznaczne gry z czytelnikiem, widma, porwania, morderstwa... i to w takim natężeniu, że spokojnie dałoby się zrobić z powieści Lewisa sporą antologię makabry, a na podstawie samego Mnicha wyczerpująco opisać to, co nie tylko w powieści gotyckiej, ale i w horrorze określa się jako istotę i kwintesencję gatunku.

Na pewno niemałe znaczenie w odbiorze tej książki ma czarna legenda jej autora. Ech, Lewis jak dla mnie był lepszy (jako ikona epoki) od Byrona i innych skandalistów Czarnego Romantyzmu, bo nie dawał się w łatwy sposób zbałamucić modom artystycznym; a jego Mnich nie rozdrabnia się na szczegóły polityczno-etyczno-narodowo-estetyczne, ale jest żywą w odbiorze, nieskrępowaną niczym manifestacją literackich (i poza literackich) fascynacji.

Mnich był zresztą powieścią bardzo odważną obyczajowo (w ramach swojej epoki). Przez co można go porównać np. do Niebezpiecznych związków de Laclos czy Nagiego Lunchu Burroughsa. Niby zachowanie głównych heroin organizuje taka typowa motywacja romantyczno-ugrzeczniona, ale nie zmienia to faktu, że Agnieszka (jedna z bohaterek powieści) pozwala sobie na bardzo bezpośrednie okazywanie afektu, ba.. zachodzi w ciąże, ba... jako zakonnica i jeszcze jedno ba: nie jest za to w żaden sposób potępiana przez narratora, a konstrukcja fabularna czyni z niej jedną z głównych, pozytywnych bohaterek powieści napisanej w 1794 rok!



2.  I. Levin: DZIECKO ROSEMARY


A teraz będzie o (chyba) moim ulubionym horrorze. Kocham Dziecko Rosemary, ale właśnie w wydaniu Levina, a nie Polańskiego. Zresztą szczegółowo z historią po raz pierwszy zapoznałem się w wersji literackiej i gdy potem oglądałem film nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że to jedna z najwierniejszych, a co za tym idzie najnudniejszych ekranizacji. Polański nie dodał nic poza świetną kreacją Mii Farrow i zapadającą w pamięci Kołysanką Komedy. Można oczywiście powiedzieć, że po co poprawiać dobry tekst, ale nie zmienia to faktu, że film mnie okropnie wynudził.

To, co zdominowało mój odbiór powieści, to totalne zatopienie horroru w atmosferze czasów, w jakich rozgrywa się akcja i jakie opisuje amerykański pisarz. Satanistyczny wątek właściwie głubi się w opisie życia w wielkim mieście: szukaniu i urządzaniu apartamentu, problemów z pracą, spotkań towarzyskich i ogólnie tego wszystkiego, co można nazwać miejskim stylem życia. Horror w Dziecku Rosemary egzystuje na obrzeżach powieści obyczajowej i psychologicznej. (Podobny koncept wykorzystał w swojej powieści Żony ze Stepford) I nawet, gdyby satanistyczny wątek w ogóle nie istniał to powieść i tak zapadłaby w pamięci poprzez sugestywny, z jednej strony taki cunninghamowski, z drugiej bardziej dystkretny opis rzeczywistości i stosunków międzyludzkich.

I jeżeli coś jest w tej powieści genialne, to właśnie wmontowanie grozy nie w fabułę, ale w SAMĄ strukturę opowieści. Przerażający nie jest sam satanistyczny wątek, ale elementy horrorowego schematu, bardziej sugerowane, niż faktyczne; i to odszyfrowywanie ich budzi lęk, bo sugeruje, że w tej opowieści o beztroskim życiu wyższej klasy średniej dzieje się coś niezwykle niepokojącego. Globalne zagrożenie dla cywilizacji w toku powieści zdaje się schodzić niezauważane na drugi plan. Ira Levin zagrał konwencją w podobny sposób, w jaki znacznie później zrobiła to Doris Lessing: grozę, lęk i przerażenie ukrył w codziennym życiu; i to nie w ten banalny sposób, w jaki podobno robi to Stephen King, ale znacznie bardziej świadomy i z dziesięciokrotnie większą wirtuozerią słowa.


3.  A. Rice: WYWIAD Z WAMPIREM


Całościowo trudno jest kochać Anne Rice za to, co robi na polu literatury. Można cenić sobie jej twórczość za oryginalność (Kroniki Wampirów), za odwagę (Trylogia o Śpiącej Królewnie), czy za ambicję (cykl o życiu Chrystusa), ale ja tak naprawdę lubię Rice tylko z powodu tej jednej jedynej książki, która moim zdaniem mogłaby się znaleźć w kanonie literatury światowej (a może jednak się znalazła?), gdyby nie zaszkodził jej spłaszczający wszystko film z Bradem Pittem i Tomem Cruisem w rolach głównych.

Zacznę może od tego, że nie widzę w WzW pierwszej części Wampirzego cyklu. WzW jest tworem całkowicie oddzielnym i nie wiele ma wspólnego z popkulturowymi uproszczeniami i fajerwerkami, jakie Rice dodała do historii już w Wampirze Lestacie, przesłuwając gatunkowo opowieść z horroru psychologicznego na platformę dark fantasy. Przede wszystkim fantastyczność i gotycki kostium są w WzW tylko tłem dla opowieści o egzystencjalnym bólu (Rice pisała powieść, będąc w głębokiej depresji po stracie córki); podczas gdy w kolejnych tomach, to jednak intryga fabularna, mitologia wampirzego świata (i ten kostium właśnie), a nie problematyczność, wysuwane są na plan pierwszy. Dla mnie w tej książce niesamowita była nie tylko widowiskowość i odważna reinterpretacja obrazu wampira oraz całego krajobrazu klasycznej powieści gotyckiej, ale właśnie to, że historia o Luisie i Claudii pozostawiała gorzki niepokój o celowość życia. Jest w niej coś rewolucyjnego w tym jej całkowitym zaprzeczeniu możliwości szczęścia. Dlatego w przeciwieństwie do kolejnych tomów cyklu, w tej - nie, powieściowy suspens i rozwiązanie intryg jest istotne,  ale problem samotności jednostki. Bo Rice w WzW jest niezwykle egzystencjalna. Nie ma szans na wolność, na miłość, na prawdę... a życie to jedynie korowód wypalających się namiętności, bólu i niespełnienia.


4. K. Koja: ZERO


O Kathe Koji pisałem już przy okazji recenzji jej powieści Urazy mózgu. Napisałem wtedy: "Zero weszło na rynek wydawniczy z prawdziwą brawurą. Napisana chropowatym, nie popowym językiem, opowieść o grupce outsiderów odnajdujących przypadkiem…"

I nie kłamałem. Debiutancka powieść amerykanki jest jednocześnie jej gatunkowo najbliższą horrorowi powieścią. Koja swobodnie wykorzystuje w niej takie motywy jak: odkrycie i eksploracja Tajemniczego miejsca, niesamowitość, nienaturalność zdarzeń, a także ich degeneracyjny wpływ na bohaterów. To, co mnie  w powieści Koji zahipnotyzowało, to sposób postrzegania rzeczywistości. Świat u Kathe Koji w niczym nie przypomina rzeczywistości z laurkowych, mainstreamowych produkcji amerykańskich. Jest biednie, brudno i tanio. Bohaterowie żyją byle jak, ich seks jest bylejaki, ich praca i przyjaźnie... wszystko strasznie toporne, odchęcające, tak jakby w życiu chodziło bardziej o wegetację niż cokolwiek innego. Co zresztą oddaje odchęcający styl pisania.

Zero nie jest bardzo straszne, a na pewno nie w ten sposób do jakiego jesteśmy przyuczeni filmami w typie Halloween czy Koszmar z ulicy Wiązów. Tutaj przerażać może nienaturalność opisanych zjawisk, ale właśnie z akcentem na nienaturalność, niż obrzydliwość. Opisy "badań", jakie bohaterowie przeprowadzają na odkrytym obszarze, zapierają dech w piersiach, fascynują... To się po prostu czyta z otwartymi ustami, chociaż intryga jest właściwie szczątkowa, a suspensu jako takiego w tej powieści zwyczajnie nie ma; tak jak nie ma efekciarskiego finału. Są za to opisy libacji i życia w syfie. Są za to bohaterowie, z którymi pewnie nie chcielibyście się zaprzyjaźnić, odpychający, zmanierowani, nudni.

Co zatem w tej książce tak przyciąga? Na pewno spójność opisywanego świata i właśnie ta alternatywność do wszystkiego, co w lit. popularnej jest bogiem. Po przeczytaniu jakiejkolwiek wczesnej powieści Koji można odetchnąć, że przynajmniej jeden autor nie zmusza nas do przyjęcia wizji wszechobecnego sukcesu i pogoni za nim, kultu pieniędzy, piękna i fitnessu...

No i jesteśmy już w domu... Kathe Koja jakby od niechcenia i ze zgodną z jej punktem widzenia manierą zdaje się mówić: Można być nikim, zerem... i przeżyć Przygodę, nie doświadczając jednocześnie metamorfozy i "ozdrowienia" swojej osoby i swojego życia, bo najzwyczajniej w świecie: nie jest ono tego warte.

5.


Jako piąte miejsce przypomnę książki, o których już pisałem na horrorstory. Przypomnę, bo to książki, horrory, które naprawdę warto przeczytać i które - dając już spokój tym wszystkim subwersywnym ciągotom - po prostu świetnie się czyta: DOM, ZAKLĘCI, PIĄTE DZIECKO.

(Tytuł notki oczywiście cytat z Fausta Goethego)

niedziela, 02 sierpnia 2009, cedroo
Tagi: wampir

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2009/08/02 14:22:56
Ciekawe zestawienie dla laika takiego jak ja;-) Do horroru jako takiego chyba jednak się nie przekonam, za bardzo mi działa wyobraźnia podczas czytania, spać po nocach bym nie mogła;-) A propos Rice i Wywiadu z wampirem, zgadzam się z Tobą w zupełności, o czym zresztą pisaliśmy swego czasu; tam jest jeszcze coś bardzo wyraźnego dla Rice i jej wampirów - jej ból z powodu utraty Boga, może i związany ze śmiercią jej córki.
-
2009/08/02 14:53:17
Ech, Cedro, fajna lista :). Zaraz ułożę swoją listę ulubionych/najważniejszych gotyckich powieści...
Cieszę się zwłaszcza, że na tej liście znalazł się Mnich - mam ogromną słabość do gotyckiej literatury brytyjskiej z przełomu XVIII i XIX wieku. I pewnie, że kicz to jest nieziemski z punktu widzenia literatury wysokiej, ale co tam :)
-
2009/08/02 15:43:06
eruana, wiedziałem, że pominąłem coś istotnego przy opisie WzW... chodzi o te utratę boga, dzięki za uzupełnienie :-)

ninedin, ja coś widzę, że my oboje mamy taką słabość do tych niekoniecznie dobrych literacko pozycji ;-) a powieść gotycką też ubóstwiam. Ostatnio sobie przypomniałem, że u moich rodziców w biblioteczce są Diable Eliksiry hoffmana, które kiedyś czytałem, więc chyba muszę do nich wrócić, bo mnie ta Yarbo ze swoim hotelem nastroiła nostalgicznie do XIX-wiecznej lit. popularnej.
-
2009/08/02 16:18:44
-
2009/08/02 22:44:28
Ciekawe zestawienie, aczkolwiek nie masz do końca racji :P Wysokie miejsce zapewniłbym ''Carrie'' Kinga i ''Drakuli'' Stokera. Poza ''Mnichem'', którego nie czytałem, zarzucić coś mógłbym tylko ''Wywiadowi z wampirem''. Nigdy nie lubiłem Rice. Poza tym wszystko gra :)
-
2009/08/03 00:44:02
Muszę zapytać: gdzie do diabła jest "Golem" Meyrinka?! Tyczy się to zarówno Twojego, Cedro, zestawienia, jak i kolegi z linka. Mogę wybaczyć brak "Domu na granicy światów" Hodgsona, opowiadań Ewersa czy Grabińskiego, ale absencji powieści-snu Szatana z Pragi nie tłumaczy nic. Nawet nieczytanie nie jest wytłumaczeniem ;). Ja z bólem mogę się zgodzić, że są inne genialne twory, jak taki na przykład "Ulisses", czy "Czarodziejska góra", ale "Golema" chyba zawsze będę trzymał na szczycie. To jest rzecz, którą trzeba znać. I recepcja istnieje jedynie z poziomu ściśle przylegającego do podłogi. Bo to cudo czyta się tylko na kolanach. Amen, ulżyło mi :)
-
2009/08/03 11:09:01
Koleżanki z linka :))

Z "Golemem" ja osobiście mam ten problem, że na moje własne wyczucie nigdy go nie zaliczałam do horroru - ale też nigdy się nad nim nie zastanawiałam w kontekście gatunkowym; po prostu wrzucałam go sobie do worka pt. "retellingi tradycyjnych legend" i koniec. Pewnie teraz go przeczytam jeszcze raz i przemyślę - może rzeczywiście jest tak, że da się go zaliczyć do horrorów...
"Domu na granicy światów" przyznaję, nie czytałam, a Grabiński, jakkolwiek interesujący, nie zmieścił mi się w żadnej z moich dwóch kategorii: ani to klasyka horroru na światową skalę (polską jak najbardziej), ani żadnego z jego tekstów bym nie zaliczyła do swoich prywatnie i osobiście ulubionych. Z tego mnóstwa rzeczy, o których na pewno zapomniałam, wymieniłabym za to Ambrose'a Bierce'a - nie pojmuję, jaskim cudem go na tej liście nie umieściłam.
-
2009/08/03 14:08:51
Achnabal -- ;-) Ja nigdy nie miałem wątpliwości, co do faktu, że nie mam do końca racji ;-)
Co do Draculi to pewnie faktycznie, ale czytałem go tak strasznie dawno temu, że absolutnie nie jestem w stanie powiedzieć, czy ta książka mi się podobała czy nie. Z drugiej strony moje zestawienie jest tak (nie ma się, co okłamywać) szczątkowe i tak subiektywne, że mam nadzieję, że można mi jednak wybaczyć tych wszystkich Wielkich Nieobecnych. Lista Ninedin jest pod tym względem o wiele wyczerpująca.
Achnabal, a może i Ty odbijesz piłeczkę i zrobisz taką listę na swoim blogu?

Mateja-- :-) Ja nie moge wypowiadać się o Golemie, bo przez niego nieprzebrnąłem. Chociaż może mało miałem zacięcia skoro skończyło się na -pierwszej stronie. Ale skoro twierdzisz, że trzeba to spróbuje go odgrzebać z mroków swojej biblioteczki. Hodgsona i Ewersa zwyczajnie nie czytałem. :-)
-
2009/08/03 22:12:21
Jeśli za kluczowe kryterium oceny literackiego horroru uznać, że powinien porządnie straszyć, to właściwie mogę wymienić tylko jedną pozycję. Niestety, nie jest to żaden klasyczny horror, lecz "Terminus" Stanisława Lema (thriller sf?).
Długo śniło mi się po nocach...
-
2009/08/03 22:52:41
No, jakby miał głównie postraszyć, to u mnie ostałaby się Kelly Link i jedno jedyne opowiadanie Lovecrafta (Kolor z przestworzy), może jedno Bierce'a z listy zapasowej (Draństwo), ewentualnie jakieś fragmenty z Kinga - i musiałabym dorzucić też nie horror, a mianowicie 1984 Orwella :).
Ja generalnie jestem emocjonalna i przeżywająca, zarówno przy lekturze, jak w kinie, ale zdecydowanie łatwiej mnie wzruszyć, nawet do łez, czy rozśmieszyć, niż naprawdę przestraszyć...;
-
2009/08/03 23:15:22
Faktycznie :(
horrory, które tu powymieniałem właściwie nie straszą. Wyjątkiem są - i temu zawdzięczają obecność na piątym miejscu - Zaklęci Mastrtona (Ej, ja wiem, że to wstyd, bo Masterton). ale to była NAJSTRASZNIEJSZA książka jaką przeczytałem. A pierwsze 20 stron to prawdziwy koszmar (Tam jest zaki zajebisty obraz domu na odludziu... i w ogóle to, w jaki sposób trafia tam główny bohater... Brrr....) oraz - w mniejszym już nasileniu, ale też - Dom.
-
2009/08/08 19:38:28
akurat ;)